Brenna zastała wujka siedzącego na swoim fotelu, z kostką lewej nogi opartą o kolano prawej, stukającego kciukiem o dolną wargę. Ze marsem na czole wpatrywał się w miejsce, którego magicznie zabrała ciasto, czyli stolik obok fotela. Mężczyzna trzymał widelczyk do deserów w zaciśniętej pięści opartej o podłokietnik. Napięcie zdradzały głównie zbielałe kości na jego knyciach oraz zacięty wyraz twarzy. Był tak głęboko zamyślony, że dopiero głos bratanicy wyrwał go z zadumy. Nie wyglądał, jak ktoś, kto nie boi się bogów. Raczej jak ktoś głęboko strapiony własnymi decyzjami życiowymi.
Ciasto nie zostało napoczęte, ale nie wyglądało już tak pięknie, jak na początku tego dnia. Lukier i śmietaną rozpływały się bez lodówki, cała konstrukcja chybotała się i rozjeżdżała, trzymając się jedynie na słowo honoru cukiernika, a dodatkowe accio sprawiło, że górna warstwa biszkoptu spadła z kremu na brzeg talerza, na którym leżał deser. Dzień w słońcu i poza chłodzeniem zdecydowanie nie służyły wypieków i z napisu ciężko już było odczytać, o co właściwie chodzi, jeśli nie znało się treści.To, co trafiło w ręce Brenny już straciło całkowicie swoje apetyczne walory i wydawało się przecukrzonym monstrum.
— Nawet nie spróbowałem. Nie chcę tego jeść, tym się nie przejmuj. Przemawiała przeze mnie brawura, ale policzyłem, że nawet z magicznymi eliksirami, po takim skoku na własne zdrowie, mógłbym nie pojawić się na potańcówce. A bardzo chcę iść.
Bardzo długo ważył swoje przypuszczenia. Mógł to być jakiś zazdrosny kochanek Ambrosii, który dostrzegł coś, czego nie powienien podczas ezoterycznej konsultacji Morpheusa z właścicielką Ataraxiii na Nokturnie. To pasowało, jednak było półtora miesiąca temu, w rzeczone urodziny. Musiał to być ktoś, kto znał ten detal z jego życia. Wątpił, aby to był zazdrosny Neil, nie miał powodu, w końcu Morpheus postawił sprawę ich relacji jasno. Słowa słowami, ale może przecież chciał odstraszyć... Kogo? Jego myśli popłynęły ku Septimie i tego, że nie chciał, aby pomyślała, że chodzi do burdeli, nawet jeśli to, co wyprawiał, niewiele się różniło, po prostu nie płacił za usługę, a poddawał się chwili. To samo przecież. W końcu też była jedna rzecz, na którą padł wzrok Morpheusa. List od Vakela, ułożony nadal w przegródce z nieodpisanymi wiadomościami, chociaż zdecydowanie wysłał mu wyjca. Zrobił to na trzeźwo. Trzeźwo i głupio. No, prawie trzeźwo, na dodatek pod impulsem rozmów nad bimbrem z Norą i Erikiem.
— Czy będzie dla ciebie dużym zaskoczeniem, jeśli powiem, że wydaje mi się, że jest to związane z ostatnią paniką o końcu świata?