29.11.2022, 20:33 ✶
Nie od dziś wiadomo, że miał problem w relacjach międzyludzkich. Spoglądał na świat bardzo pragmatycznie, lubił przestrzeganie zasad i ogólnie przyjętych norm, a ich nagięcie było dopuszczalne w głównej mierze kiedy mógł zrównoważyć to innym zdarzeniem... innymi słowy, korzyściami. Sophie należała do rodziny i gotów był ją chronić, pomóc jej w problemach czy znalezieniu dobrego miejsca do snu. Nie musiała się o to martwić, bo choćby miał zaklęciem przyciągać statek do portu i go osobiście cumować, to znajdzie dla niej komfortowe miejsce gdzie będzie mogła czuć się bezpiecznie. Sęk w tym, że tu chodziło o czyny. Nie umiał o tym opowiedzieć czy to słownie pokazać. Nie był z nią też zżyty, a do tego nie potrafił postawić się w jej sytuacji. Zachowanie, które opisała bardzo go zbulwersowało, co zapewne było przewidywalną reakcją jeśli myśli się o ich ojcach, ale nie o nim... najwyraźniej był podobny do Williama Flint bardziej niż mógłby przypuszczać.
Potarł kłykciem powiekę i potrząsnął głową. Cholera, ta ledwie zauważalna zmiana koloru włosów i teraz iskry lecące z palców.
- Na śmierć zapomniałem, że jesteś najbardziej uzdolnioną czarownicą w rodzinie Flintów. - wypalił bez pomyślunku, łącząc te dziwne odmiany zachowań jej ciała ze zdolnościami. Jak przez mgłę pamiętał dzień kiedy jako siedmiolatka obraziła się o coś na Baldura i chodziła z dwukulorowymi włosami. Naprawdę powinien bardziej interesować się dalszą częścią rodziny i nie zamykać się na tych znajdujących się w pobliżu.
- Ach, w ten sposób. - nie widział żadnego powodu aby miała się obawiać wyjawienia prawdy o swojej obecności w Londynie. Przecież ojciec nie wyśle wiadomości do swego brata z wielu powodów. Między innymi fakt, że nie rozmawiali od pięciu lat, po drugie odległość robi swoje, po trzecie wyznawał zasadę szanowania indywidualności swoich dzieci, o ile nie łamali rażąco przyjętych zasad moralnych.
- Mój ojciec przypłynie dopiero pojutrze do domu więc do tego czasu mogę udawać, że moja sowa nie była w stanie odnaleźć statku i przekazać wiadomości. - zaproponował nieco łagodniejszym tonem bo jednak te iskry nie wyglądały nic a nic zachęcająco.
- Sophie, mówimy o naszych ojcach, którzy się szczerze nie cierpią. Ich spotkanie nie nastąpi z dnia na dzień, poza tym Cynthia jest bardzo dyplomatyczna i potrafi załagodzić nawet największe wkurzenie. - wyjaśniał, nieznacznie przy tym gestykulując. Zdał sobie sprawę, że dotychczas brzmiał oschle. Podszedł bliżej niej (!) i pochylił głowę bliżej jej twarzy, aby wyszeptać pewną frazę:
- Rodzeństwo Flintów potrafi zacierać ślady. - po chwili się wyprostował i strzepnął niewidzialny paproch ze swojego płaszcza. - Ojciec po prostu musi wiedzieć, że jesteś. Nie musisz mu mówić, że uciekłaś sprzed ołtarza. Równie dobrze mogłaś przyjechać do nas na wakacje wbrew woli swojego ojca. - podsunął jej alternatywną ścieżkę jaką jest niepełna prawda. Przy okazji zaznaczał na czym mu zależy - aby nie zatajać jej obecności przed głową rodu, ot.
Potarł kłykciem powiekę i potrząsnął głową. Cholera, ta ledwie zauważalna zmiana koloru włosów i teraz iskry lecące z palców.
- Na śmierć zapomniałem, że jesteś najbardziej uzdolnioną czarownicą w rodzinie Flintów. - wypalił bez pomyślunku, łącząc te dziwne odmiany zachowań jej ciała ze zdolnościami. Jak przez mgłę pamiętał dzień kiedy jako siedmiolatka obraziła się o coś na Baldura i chodziła z dwukulorowymi włosami. Naprawdę powinien bardziej interesować się dalszą częścią rodziny i nie zamykać się na tych znajdujących się w pobliżu.
- Ach, w ten sposób. - nie widział żadnego powodu aby miała się obawiać wyjawienia prawdy o swojej obecności w Londynie. Przecież ojciec nie wyśle wiadomości do swego brata z wielu powodów. Między innymi fakt, że nie rozmawiali od pięciu lat, po drugie odległość robi swoje, po trzecie wyznawał zasadę szanowania indywidualności swoich dzieci, o ile nie łamali rażąco przyjętych zasad moralnych.
- Mój ojciec przypłynie dopiero pojutrze do domu więc do tego czasu mogę udawać, że moja sowa nie była w stanie odnaleźć statku i przekazać wiadomości. - zaproponował nieco łagodniejszym tonem bo jednak te iskry nie wyglądały nic a nic zachęcająco.
- Sophie, mówimy o naszych ojcach, którzy się szczerze nie cierpią. Ich spotkanie nie nastąpi z dnia na dzień, poza tym Cynthia jest bardzo dyplomatyczna i potrafi załagodzić nawet największe wkurzenie. - wyjaśniał, nieznacznie przy tym gestykulując. Zdał sobie sprawę, że dotychczas brzmiał oschle. Podszedł bliżej niej (!) i pochylił głowę bliżej jej twarzy, aby wyszeptać pewną frazę:
- Rodzeństwo Flintów potrafi zacierać ślady. - po chwili się wyprostował i strzepnął niewidzialny paproch ze swojego płaszcza. - Ojciec po prostu musi wiedzieć, że jesteś. Nie musisz mu mówić, że uciekłaś sprzed ołtarza. Równie dobrze mogłaś przyjechać do nas na wakacje wbrew woli swojego ojca. - podsunął jej alternatywną ścieżkę jaką jest niepełna prawda. Przy okazji zaznaczał na czym mu zależy - aby nie zatajać jej obecności przed głową rodu, ot.