Spóźnił się.
I to wcale nie dlatego, że zbyt długo wybierał koszulę, ale tak właśnie zamierzał mówić, w końcu podobno to modnie przyjść nie o czasie.
Pierwszy raz od dłuższego śmierci Derwina, założył coś kolorowego i pozwolił sobie na ekstrawagancję. Porzucił czerń na rzecz soczystych fioletów spodni i kwietnych wzorów rajskiego ptaka, tylko lekko tłumionych dlugim szalem z półprzejrzystej czarnej organzy, który udrapował na sobie niczym indyjskie saree, zaczepiając jeden koniec do paska w formie długiego ogona przy biodrze, przekładając na skos przez jedno ramię i pozwalając swobodnie zwisać reszcie materiału na plecach, aż do połowy piszczeli. Nie lubił rozdzielać się z nieco eteryczną formą, jaką dawały magiczne szaty jego codziennego ubioru. Wyglądał wreszcie normalnie, wyglądał jak on. Biorąc przykład z gwiazd glam rocka, podkreślił nieco oczy czarną kredką. Złoty łańcuszek czasozmieniacza lśnił na jego szyi, ukryty pod koszulą, wraz z drugim, podobnym, na którym wisiała nieduża zawieszka w kształcie piórka. Nawet na małym palcu lewej ręki błyszczał się na powrót rodzinny sygnet. Przez cały okres żałoby Morpheus przypominał tylko cień, ale teraz przemieniał się na nowo w motyla.
Wiedział, że będzie imponująco, ale nastawiał się na nieco niższe standardy. Brenna, jak zwykle, zachwyciła swoimi pomysłami i pięknem przestrzeni. Zwłaszcza podobało mu się jezioro, przemienione w parkiet. Wychwycił wzrokiem siostrzenicę i z daleka jej pogratulował spojrzeniem, aby dalej eksplorować przestrzeń lekkim krokiem. Prawdziwa Utopia, kraina elfów i czarów innych niż ich własne, bardziej kojarzących mu się z dziką magią. Uczta dla zmysłów.
Starał się nie spoglądać w przyszłość, raczej łagodnie bujając nadchodzące wizje przyszłości tłumu do snu. Zupełnie jakby przez sito, tak że opadał na niego tylko puder wrażeń, gotowy wyłapać gorycz jakieś tragedii, lecz nie zamazywać mu głowy ciągłymi płonącymi iskrami. Ta noc była dla niego łaskawa.
—Czy jeśli przewidzę, co wylosuję, będę mógł wybrać drugi? — zapytał z jasnym uśmiechem i figlarnością w głosie kobiety, która rozdawała podarki. Kiedy ta się zgodziła na to, nachylił się i szepnął jej do ucha, że będzie to kryształ zwierzęcia totemicznego.
Sukces!
Dziewczyna, zachwycona, pozwoliła muna drugie losowanie. Lusterko okazów się być psztyczkirm w nos od losu. Westchnął, spoglądając na ułamek sekundy w jego taflę i schował je do kieszeni spodni. Posłał dziewczynie od podarków całusa i odszedł.
Obracając w dłoniach kryształ, przeskanował wzrokiem twarze i oto był. W kilku krokach przeniósł się do Neila, Effie i Dory.
— Neil! Dora! Effimery! — uściskał najpierw swoją krewniaczkę, nawet jeśli widział ją przy śniadaniu, nachylając się do niej serdecznie, następnie z racji na lokalizację, tylko lekko objął ramieniem jej koleżankę z dystansem, a na końcu Neila, kładąc mu jedną rękę na karku i lekko przyciskając do jego skóry paznokcie, w skrytym geście bliskości. Otoczył ich ciężkim, śliwkowym zapachem perfumy z nutami wiśni, które już ulatywały. Musiał kupić coś nowego. Morpehus oparł się biodrami o stolik obok trójki.
— Widzę, że poznałyście mojego znajomego. Też interesuje się zielarstwem i nie ma zbytnio przyjaciół w Dolinie. Neil, to ta Dora, której ziołami się zachwycałeś. Słowo Niewymownego — położył na sercu otwartą dłonią, aby zapewnić: — Niczego tam nie ruszaliśmy. Przynieść wam drinki?
!prezentgodryka(Rzuciłam dwa bo taka charyzma xD)