15.02.2024, 19:54 ✶
Dolohov odetchnął, wyraźnie w reakcji na słowa pani prefekt, ale było to strasznie dziwaczne - no bo taki gest powinien zawierać w sobie jakąś emocję, informację dla postronnych osób, choćby maleńką iskrę zdradzającą to co sobie pomyślał, ale on pozostawał cholernie enigmatyczny. Na pewno dotarło do niego co się wokół działo, ale to wyglądało tak, jakby nie posiadał na ten temat żadnej wyraźnej opinii - po prostu zaakceptował jej irytację i jego ucieczkę, znajdował się w tej scenie tak, jakby go kompletnie nie dotyczyła i pozwolił na to, aby rozwiązała się sama, chociaż (jak to zinterpretował) ucieczka Longbottoma z wagonu nie była czymś, czego sam chciał. Lubił rozmawiać z ludźmi ciekawymi, uwielbiał intelektualne sprzeczki, przepychanie się faktami i teoriami, kochał ludzi rzucających mu jakieś wyzwanie w próbie zrozumienia własnej osobowości. Ale to wcale nie dlatego, że męczyła go ta cała popularność - on ją uwielbiał! Paskudnym kłamstwem byłoby rzec, że gardził byciem w centrum uwagi, bo od zawsze czuł się gwiazdą i panem tego świata, ale nie znaczyło to wcale, iż nie chciał chwytać się konwersacji prowadzonych jak równy z równym - a on wydawał się być kimś, kto by się czegoś takiego mógł podjąć. Dlaczego? Bo był od niego starszy? Bo się nie bał do niego odezwać, chociaż sama obecność Vakela w tym samym przedziale niejako narzucała ustawienie go na piedestale przez to jak zachowywali się inni...? Ach to pomyśleć mógł tylko ktoś, kto go wcale nie znał - nic tak przecież Dolohova nie odrzucało jak brak zainteresowania jego osobą - wręcz przeciwnie - to te słowa rzucane jak gdyby nigdy nic, połączone z tym jak wyglądały te jego oczy, wpatrujące się w niego z uwagą, ale zupełnie innej maści niż ślepy podziw... To było właśnie coś, co chciałby rozpracować, a co zniknęło wraz z cichutkim trzaśnięciem zamykanych drzwiczek. Ostatnim, co Longbottom usłyszał przed wyjściem, było wesołe chociaż nieco podchwytliwie zadane pytanie.
- Wyglądałem, jakbym się bał?
A potem już nic.
Rozmawiali o wiatrach gwiazdowych, o nowej teorii co do stworzenia całego wszechświata, ale tak jak gwiazdy uciekały od siebie z każdą sekundą, tak jego myśli wymykały się poza ten przedział. Przyciągało je coś zupełnie innego, odległego, poza wyobrażeniem osób wpadających w uwielbienie po ledwie chwili spędzonej w obecności gwiazdy socjometrycznej - zanurzenie w koszmarze osób nienawidzących person jego pokroju, bo wyciągnięte z czeluści najczarniejszych tego typu myśli - jak daleko sięgały jego wpływy, jak wiele czasu może zająć sprawienie, że te śliczne oczy, które chętnie oprawiłby sobie w ramkę, będą wpatrywały się w niego z równą Susanne obsesją?
Kiedy Longbottom wrócił, a on mógł podnieść na niego swoje szelmowskie spojrzenie, pomyślał - to były oczy, w których chciał zabłyszczeć. I na nieszczęście Longbottoma, do tej pory jego rodzice nieszczególnie często mówili mu „nie”.
- W porządku - odparł, odklejając się od pani prefekt, która ukryła zirytowany wyraz twarzy, wbijając go nie w Morpheusa, a w okno pociągu i piekielnie nudny widok za nim. Przylgnięcie do kogoś tak blisko było w tym wieku czymś, co powinno wprowadzić chłopaczynę w stan, kiedy najpierw widać wypieki na twarzy, a dopiero później resztę jego aparycji, ale on wyglądał na kompletnie niewzruszonego. I dobrze wiedział, że go to przywdziewa w łatkę bawidamka - bawiło go to niezmiernie - potwierdzało to przecież, że najciemniej było pod latarnią. Nigdy, absolutnie nigdy nie zainteresowała go żadna dziewczyna, on się po prostu nimi bawił, tak samo jak zamierzał pobawić się Longbottomem. Nie wiedział jeszcze przecież, jakiego psikusa zrobi mu jego własne serce.
Chłopaczyna wstał z miejsca, aby dołączyć do niego na korytarzu, z permanentnie utrzymanym na twarzy, bezczelnym wręcz uśmiechem.
- Wyszedłem tak szybko, bo prawda jest taka, że tą osobą palącą w ostatnim wagonie bardzo chcę być ja. - Nie miał pojęcia, czy mieli szansę znaleźć tutaj nić porozumienia...
- Wyglądałem, jakbym się bał?
A potem już nic.
Rozmawiali o wiatrach gwiazdowych, o nowej teorii co do stworzenia całego wszechświata, ale tak jak gwiazdy uciekały od siebie z każdą sekundą, tak jego myśli wymykały się poza ten przedział. Przyciągało je coś zupełnie innego, odległego, poza wyobrażeniem osób wpadających w uwielbienie po ledwie chwili spędzonej w obecności gwiazdy socjometrycznej - zanurzenie w koszmarze osób nienawidzących person jego pokroju, bo wyciągnięte z czeluści najczarniejszych tego typu myśli - jak daleko sięgały jego wpływy, jak wiele czasu może zająć sprawienie, że te śliczne oczy, które chętnie oprawiłby sobie w ramkę, będą wpatrywały się w niego z równą Susanne obsesją?
Kiedy Longbottom wrócił, a on mógł podnieść na niego swoje szelmowskie spojrzenie, pomyślał - to były oczy, w których chciał zabłyszczeć. I na nieszczęście Longbottoma, do tej pory jego rodzice nieszczególnie często mówili mu „nie”.
- W porządku - odparł, odklejając się od pani prefekt, która ukryła zirytowany wyraz twarzy, wbijając go nie w Morpheusa, a w okno pociągu i piekielnie nudny widok za nim. Przylgnięcie do kogoś tak blisko było w tym wieku czymś, co powinno wprowadzić chłopaczynę w stan, kiedy najpierw widać wypieki na twarzy, a dopiero później resztę jego aparycji, ale on wyglądał na kompletnie niewzruszonego. I dobrze wiedział, że go to przywdziewa w łatkę bawidamka - bawiło go to niezmiernie - potwierdzało to przecież, że najciemniej było pod latarnią. Nigdy, absolutnie nigdy nie zainteresowała go żadna dziewczyna, on się po prostu nimi bawił, tak samo jak zamierzał pobawić się Longbottomem. Nie wiedział jeszcze przecież, jakiego psikusa zrobi mu jego własne serce.
Chłopaczyna wstał z miejsca, aby dołączyć do niego na korytarzu, z permanentnie utrzymanym na twarzy, bezczelnym wręcz uśmiechem.
- Wyszedłem tak szybko, bo prawda jest taka, że tą osobą palącą w ostatnim wagonie bardzo chcę być ja. - Nie miał pojęcia, czy mieli szansę znaleźć tutaj nić porozumienia...
with all due respect, which is none