Wahała się, czy w ogóle przyjść. Niby nic nie stało na przeszkodzie, przecież Brenna ją zaprosiła – i to chyba nie dlatego, że tak wypadało, a dlatego, że chciała, by przyszła. Ale coś niewypowiedzianego wisiało pomiędzy nią, a przyjaciółką, już od jakiegoś czasu. Victoria nie bardzo potrafiła powiedzieć, co dokładnie, nie zastanawiała się nad tym bardziej, niż nad innymi rzeczami, które gdzieś tam były istotne, ale nie miały wielkiego priorytetu; to nie to spędzało jej sen z powiek. Dlatego miała wrażenie, że coś jest nie tak, nie wiedziała co… I stąd wątpliwości. Oczywiście nie były jedynym powodem – miała jeden wielki problem na głowie, związany z jej stanem żywotności i ciepłoty, a także tym, że chyba kończył jej się czas, poza tym był też taki związany z kłami i zaczynał się na literę S, oraz… Miała w pracy mnóstwo roboty, a związane to było ze sprawą pewnego rezerwatu… No i chodziło też, poniekąd, o mieszane towarzystwo… Chociaż to był najmniejszy problem; nie coś, co kiedykolwiek jej przeszkodziło, by kręcić się w towarzystwie Brenny. A przecież znały się całe życie, i kiedy Longbottom jako mały pięcioletni gówniarz zdobywała drzewa, Victoria pilnowała jej pleców, czy nie biegnie któraś matka z krzykiem.
Ostatecznie jednak, po walce z myślami, zdecydowała się trochę na ostatnią chwilę. By w rezultacie spędzić przed lustrem w garderobie trochę za dużo czasu, nie mogąc się zdecydować co do tego, co w ogóle na siebie włożyć. Przymierzyła kilka sukienek, każdorazowo uznając, że chyba jednak to nie tego szukała, by ostatecznie… wybrać coś kompletnie innego, niż ubrałaby normalnie. Widok Victorii w sukience czy sukni nie był niczym nadzwyczajnym, ale ostatnio chyba przechodziła jakiś kryzys (żeby nie powiedzieć, że osobowości…). Dlatego zamiast letniej sukienki – przyszła w czerni, a na domiar wszystkiego, były to zwiewne, materiałowe spodnie i pasująca doń góra z dekoltem tak głębokim… A jednak ułożonym tak, by nadal ze smakiem niczego nie pokazywał. Chociaż pewnie blizna ciągnąca się w poprzek pleców była częściowo widoczna. Oczy podkreśliła ciemną kreską, makijaż miała raczej nienachalny, paznokcie zadbane i pociągnięte ciemnym lakierem… czarne szpilki ginęły gdzieś pod materiałem spodni. Jedynie usta wyróżniały się w tej czerni – zmysłowo czerwone.
Przez moment nieufnie spoglądała na stodołę. Znała Dolinę Godryka bardzo dobrze, mieszkała tu całe życie, przeprowadziła się do Londynu półtora tygodnia temu i kiedy zobaczyła tę ruderę, to patrzyła przez moment z powątpiewaniem. Ostatecznie jednak westchnęła i uznała, że zerknie, najwyżej jeśli okaże się to jakimś kompletnym żartem, to wyśle Brennie wyjca albo co… Nie została jednak wpuszczona w maliny. Stodołę po prostu zaczarowano. Weszła, rozejrzała się… Było tu już trochę ludzi, a i wystrój była naprawdę niezły. Rozglądała się za kimś znajomym i już miała podejść do jednego ze stolików, kiedy zaczepiła ją pani stojąca przy wejściu; Victoria nie zauważyła jej w pierwszej chwili. Grzecznie wsadziła dłoń do koszyka, miała wyciągnąć dla siebie upominek…
Ta chwila przerwy na cos się jednak przydała. Zobaczyła, że Brenna zostaje zaczepiona przez Prewetta, wypatrzyła też Atreusa i Alastora, a przy nich jakąś dziewczynę, przy jednym ze stolików… i podeszła właśnie tam.
– Czemu mnie nie dziwi, że kręcicie się akurat przy jedzeniu – rzuciła, jakże grzecznie, na przywitanie (do Autreusa i Alastora). Opanowana, chłodna i spokojna jak zawsze. Ale były to tylko pozory… tak? – Ładna sukienka – zagaiła Avelinę. – Chyba się nie znamy. Victoria – widać było w niej pewne zawahanie, ale ostatecznie wyciągnęła do czarownicy dłoń. Zimną jak dłoń trupa. Z jej nadgarstka zwisała bransoletka, jedna z tych, jakie można było dostać na Beltane – z zawieszką z koziorożcem.
!prezentgodryka