16.02.2024, 02:40 ✶
- Jadę do Francji - oznajmiła, wyłapując w spojrzeniu Persephony pytanie, które nie musiało wybrzmieć w mowie. Rosie znała to spojrzenie; zwyczajnie nauczyła się reagować na wszystko to, co zostawało w osobie jej siostry niedopowiedziane. - Zdecydowałam, że należą mi się małe wakacje. Odpocznę na wiosce, pojeżdżę wozem i pogram sobie w karty. Wygrzeję się promieniach lipcowego słońca, zamiast patrzeć jak angielska pogoda płata figle - uśmiechnęła się nawet leciutko, kiedy to mówiła. Początek czerwca był ładny i obiecujący, ale potem przyszły chmury, które co jakiś czas przysłaniały słońce. - No i chciałam porozmawiać z Alexandrem w cztery oczy. - powiedziała jeszcze, niby nie spuszczając z energicznego tonu, jednak dało się wyłapać, jak do tonu zakrada się odrobina wstydliwości. Czasem czuła się zwyczajnie głupio, kiedy miała czas złapać chociaż krótki oddech i zastanowić się nad tą relacją. Albo raczej czuła się zażenowana tym, jak niektórzy mogli na to patrzeć.
Tak samo jednak jak wzbraniała się przed rzuceniem imienia Mulcibera w rozmowie z Hadesem, tak nie miała z tym większego problemu przy jego żonie. Podejrzewała, że Persephona już dawno zorientowała się, że Rosie gra w jakąś grę, długodystansową i skomplikowaną, ale też taką na której niezwykle jej zależało. Nie chodziło tutaj tylko o miłość życia, bo ich uczucie wydawało się szorstkie i wzburzone niczym wzbierające przed burzą morze. Chodziło o wywiązanie się z obietnic i przepowiedni, których nawet złamane serce nie mogło unieważnić.
- I syna - dodała, chociaż nie była pewna czy mały Charon w ogóle był w stanie stanąć przed tak karkołomną decyzją jak wybaczenie ojcu. Chociaż w sumie jakiemu ojcu, skoro pewnie prędzej by tym mianem określił Stanleya, swojego chrzestnego. - Hmm... coś lekkiego? Jest lato i pewnie jeszcze dogrzeje nam okropnie, więc ładnie by to kontrastowało z ogólną atmosferą ciepłoty i wilgoci, bo przecież na pewno będzie i gorąco i będzie padać - wyjaśniła, grzebiąc pod ladą za kartką papieru i piórem. - A kolor... jest mi wszystko jedno. Najlepiej coś ciemnego w odcieniu. Czarne, czerwone, zielone... - a potem zaczęła coś rozrysowywać na wyciągniętym świstku papieru. - Będę miała do ciebie jeszcze jedną prośbę, ale to nic pilnego. Odebrałabym po powrocie. Zaraz ci rozrysuję...
Tak samo jednak jak wzbraniała się przed rzuceniem imienia Mulcibera w rozmowie z Hadesem, tak nie miała z tym większego problemu przy jego żonie. Podejrzewała, że Persephona już dawno zorientowała się, że Rosie gra w jakąś grę, długodystansową i skomplikowaną, ale też taką na której niezwykle jej zależało. Nie chodziło tutaj tylko o miłość życia, bo ich uczucie wydawało się szorstkie i wzburzone niczym wzbierające przed burzą morze. Chodziło o wywiązanie się z obietnic i przepowiedni, których nawet złamane serce nie mogło unieważnić.
- I syna - dodała, chociaż nie była pewna czy mały Charon w ogóle był w stanie stanąć przed tak karkołomną decyzją jak wybaczenie ojcu. Chociaż w sumie jakiemu ojcu, skoro pewnie prędzej by tym mianem określił Stanleya, swojego chrzestnego. - Hmm... coś lekkiego? Jest lato i pewnie jeszcze dogrzeje nam okropnie, więc ładnie by to kontrastowało z ogólną atmosferą ciepłoty i wilgoci, bo przecież na pewno będzie i gorąco i będzie padać - wyjaśniła, grzebiąc pod ladą za kartką papieru i piórem. - A kolor... jest mi wszystko jedno. Najlepiej coś ciemnego w odcieniu. Czarne, czerwone, zielone... - a potem zaczęła coś rozrysowywać na wyciągniętym świstku papieru. - Będę miała do ciebie jeszcze jedną prośbę, ale to nic pilnego. Odebrałabym po powrocie. Zaraz ci rozrysuję...
she was a gentle
sort of horror
sort of horror