17.02.2024, 01:13 ✶
Wchodzę za Patrickiem i się go trzymam, jak rzep psiego ogona.
!prezentgodryka
Zawsze myślał, że wieś to oaza spokoju w porównaniu z miastem. Oczywiście taka normalna wieś. Taka, gdzie ludzie żyli rozsiani na dużym terenie, gdzie mugole i ich dziwaczne maszyny nie zakłócały zbytnio harmonii Matki Natury... Jednak gdy wraz z Patrickiem dotarli do Doliny Godryka i skierowali się ku starej stodole, uderzył go szok. Nie spodziewał się, że magiczna wioska będzie tętnić życiem bardziej niż Londyn w godzinach szczytu.
— Nie za odważnie? — rzucił żartobliwym głosem, który kontrastował z poważną miną. Wskazał na kołnierzyk Aurora.
Dźwięki śmiechu, zaklęć i toastów napełniały powietrze, a światła nadawały wnętrzu klimatu. Czuł, że wchodzi w centrum burzy, która może go połknąć, przerzuć, a potem wypluć. Skinął gło na komentarz przyjaciela. Co jak co, ale akurat to Longbottomównie wyszło. Zaśmiał się pod nosem, słysząc od Patricka o ambicjach jego ''ulubionej'' Brygadzistki.
— Zaraz, zaraz... Chcesz powiedzieć, że ona uczy się i z czasem robi coraz lepsza? — Nie wierzył własnym uszom. Przecież to było nieprawdopodobne. — Myślałem, że ona po prostu bierze się za coś i od razu staje się ekspertem. Wiesz, na zasadzie, że jednego dnia znajduje w ogrodzie wazon z zamkniętym duchem, a na drugi dzień zamiast jednego trafia jej się pięć takich.
Ją trzeba było wypuścić do Kniei, zamiast wysyłać tam mnie w ramach ''konsultacji'', pomyślał z przekąsem, wracając myślami do wyprawy, w jakiej brał udział przed kilkoma tygodniami. Rozejrzał się na prawo i lewo. Wyłapał parę zakazanych mordeczek, które kojarzył z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Te wszystkie Longbottomy, Bulstrode'y i... Moody. Uniósł machinalnie dłoń na powitanie, gdy jego wzrok zahaczył o Alastora. Czy był zaskoczony jego widokiem? Na pewno. Sebastian jeszcze parę godzin temu sam nie wiedział, że się tutaj zjawi.
— Dziękuję. Niech cię Matka prowadzi, dziecko. Oby ta noc przyniosła ci same dobre wspomnienia — odpowiedział do wynajętej przez Brennę pracownicy, gdy ta podeszła z koszem prezentów. Sebastian zanurzył dłoń pośród losów.
Wygładził poły swojej koszuli, gdy wraz z Patrickiem ruszyli trochę dalej. Zamierzał się jak najbardziej wtopić w tłum, więc postawił na kompletną czerń: czarne buty, czarne spodnie, czarna koszula z długim rękawem. Mógł jeszcze założyć czapkę, ale to raczej tylko sprawiłoby, że zwracałby na siebie uwagę.
— Ona nie ma za grosz skromności, prawda? — westchnął ciężko, starając się nie zgubić Stewarda.
Tak jak lubił te drobne poczucie władzy jakie miał, gdy Brenna wkraczała do jego piwnicy, tak teraz miał wrażenie, że był na jej terenie. Każdy kąt był pełen jej energii, tego przepychu i... zaangażowania, jakie wkładała we wszystko, co robiła. Wzdrygnął się, trzęsąc przy tym ramionami. A co jak posiedzi tu zbyt długo i to przejdzie na niego? A wtedy zobaczył faceta lewitującego w powietrzu. Przeżegnał się na jego widok.
!prezentgodryka
Zawsze myślał, że wieś to oaza spokoju w porównaniu z miastem. Oczywiście taka normalna wieś. Taka, gdzie ludzie żyli rozsiani na dużym terenie, gdzie mugole i ich dziwaczne maszyny nie zakłócały zbytnio harmonii Matki Natury... Jednak gdy wraz z Patrickiem dotarli do Doliny Godryka i skierowali się ku starej stodole, uderzył go szok. Nie spodziewał się, że magiczna wioska będzie tętnić życiem bardziej niż Londyn w godzinach szczytu.
— Nie za odważnie? — rzucił żartobliwym głosem, który kontrastował z poważną miną. Wskazał na kołnierzyk Aurora.
Dźwięki śmiechu, zaklęć i toastów napełniały powietrze, a światła nadawały wnętrzu klimatu. Czuł, że wchodzi w centrum burzy, która może go połknąć, przerzuć, a potem wypluć. Skinął gło na komentarz przyjaciela. Co jak co, ale akurat to Longbottomównie wyszło. Zaśmiał się pod nosem, słysząc od Patricka o ambicjach jego ''ulubionej'' Brygadzistki.
— Zaraz, zaraz... Chcesz powiedzieć, że ona uczy się i z czasem robi coraz lepsza? — Nie wierzył własnym uszom. Przecież to było nieprawdopodobne. — Myślałem, że ona po prostu bierze się za coś i od razu staje się ekspertem. Wiesz, na zasadzie, że jednego dnia znajduje w ogrodzie wazon z zamkniętym duchem, a na drugi dzień zamiast jednego trafia jej się pięć takich.
Ją trzeba było wypuścić do Kniei, zamiast wysyłać tam mnie w ramach ''konsultacji'', pomyślał z przekąsem, wracając myślami do wyprawy, w jakiej brał udział przed kilkoma tygodniami. Rozejrzał się na prawo i lewo. Wyłapał parę zakazanych mordeczek, które kojarzył z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Te wszystkie Longbottomy, Bulstrode'y i... Moody. Uniósł machinalnie dłoń na powitanie, gdy jego wzrok zahaczył o Alastora. Czy był zaskoczony jego widokiem? Na pewno. Sebastian jeszcze parę godzin temu sam nie wiedział, że się tutaj zjawi.
— Dziękuję. Niech cię Matka prowadzi, dziecko. Oby ta noc przyniosła ci same dobre wspomnienia — odpowiedział do wynajętej przez Brennę pracownicy, gdy ta podeszła z koszem prezentów. Sebastian zanurzył dłoń pośród losów.
Wygładził poły swojej koszuli, gdy wraz z Patrickiem ruszyli trochę dalej. Zamierzał się jak najbardziej wtopić w tłum, więc postawił na kompletną czerń: czarne buty, czarne spodnie, czarna koszula z długim rękawem. Mógł jeszcze założyć czapkę, ale to raczej tylko sprawiłoby, że zwracałby na siebie uwagę.
— Ona nie ma za grosz skromności, prawda? — westchnął ciężko, starając się nie zgubić Stewarda.
Tak jak lubił te drobne poczucie władzy jakie miał, gdy Brenna wkraczała do jego piwnicy, tak teraz miał wrażenie, że był na jej terenie. Każdy kąt był pełen jej energii, tego przepychu i... zaangażowania, jakie wkładała we wszystko, co robiła. Wzdrygnął się, trzęsąc przy tym ramionami. A co jak posiedzi tu zbyt długo i to przejdzie na niego? A wtedy zobaczył faceta lewitującego w powietrzu. Przeżegnał się na jego widok.