Jego konserwatywne wibracje kończyły się tam gdzie, przychodziło to rozliczenia się z konsekwencjami. Zawsze grał na tą nutę, bo właśnie z takiego konglomeratu się wywodził. Wrzucanie na własne sztandary wszystkich tych wstawek z koszyka tradycyjnych wartości było czymś czego wymagał od niego rozsądek. Jeśli korzystał z wszystkich przywilejów swojego pochodzenia, ceną za to było powielanie przyjętej retoryki. Jednak Lou był przykładem tego, że to nie tylko poczucie obowiązku było głównym motorem napędowym jego starań. On naprawdę uważał rodzinę, tradycję, zwyczaje i całą magiczną kulturę, za najwyższe wartości w tym świecie. Rzeczy te stawiał wyżej, niż własne potrzeby, nawet jeśli wykręcał się z nich jak z niechcianych obowiązków. Zerwałby zaręczyny choćby tej nocy, jeśli tylko Cynthia zrozumiałaby do czego teraz pije. Dosłownie i w przenośni. Być może spekulując na temat własnych zaślubin, kwestionował swój własny autorytet i wiarygodność w tym zakresie, no ale na Merlina! Przecież właśnie między wierszami sugerował, że w abstrakcyjnie wykręconej rzeczywistości odstawiłby tamtą kobietę w niebyt, jeśli tylko miałby pewność, że panna Flint myśli o nim tak samo jak on o niej. W swej próżności, albo skrytości nie przyzna tego na głos i w prost. Wciąż był emocjonalną kaleką, niezdolną do przyznania się, że chce jej.
- Nie ma to znaczenia. Na koniec dnia i tak zrobię to na co będę miał ochotę. Zadziorny uśmiech mówił, że jest totalnie wyluzowany i o nic nie dba, tak jak o własną wygodę. Oczy zaś wołały, "no zrozum to za mnie i najlepiej powiedz to za mnie". Przecież przed nikim nie mówił tak swawolnie, że właściwie to nie widzi mu się ten ożenek. Że przystąpił w te tryby wyłącznie dla uspokojenia tych nadgorliwych. Być może gdyby wybrałby kurs kolizyjny i sprzeniewierzył się niedopowiedzianym sakramentom to papa Lestrange wściekłby się niemiłosiernie w pierwszym odruchu. W tej samej wersji mogłoby mu dość szybko przejść, gdyby podsunął mu temat zastępczy. Wciąż był tym dzieckiem które przynosiło mu bardzo wiele powodów do dumy, o ile nie najwięcej. W tych kategoriach miał dość spore zdolności kredytowe, nawet jeśli ojciec zawsze wymagał i nigdy nie odpuszczał, a jego uznanie zawsze było największą możliwą formą nagrody. Nie chciał zrywać zaręczyn, ale tylko podmienić palec na który wsunąłby ten pierścionek.
- No więc co Ty pieprzysz? - zaśmiał się znad kieliszka wina, pozwalając sobie na te grubiańskość. Skoro zgadzali się co do spójności w światopoglądach własnych ojców, największe przeszkody były już za nimi. - Gdybyś była biedną Borginką, albo ohydną Longbottom... - urwał na krótki moment, by nie zapędzić się z wulgarną wiązanką. Tak jak Borginów uważał za godnych, bo stojących po właściwej stronie brygady, tak związanie się z damą z tak ubogiego domu, zdradzało problemy. Kochał Stanleya i Tonyego jak braci i nie było tu nawet żadnego ale. A żeby wyjść za pannę z doliny Godryka? Prędzej zje buta, niż wejdzie w koneksje ze zdrajcami krwi.
- Widzisz problemy tam gdzie ich nie ma Cynthia... - podsumował już nieco mniej rozbawiony, ale stał mocno za swoimi słowami. To co słyszał z jej ust irytowało go i tylko szczątkowo próbował to ukrywać. Wszystkie te przeszkody którymi się przejmowała uważał za błahostki, wyłącznie ich własne chęci były zdolne cokolwiek determinować w tej materii. A ona mówiła mu, że jest dla niej nieodpowiedni. No szlak go zaraz trafi, nawet jeśli miała tego na myśli tak jak to odebrał.
A potem nie żałował, że nie otworzył się kilka chwil wcześniej tak jak przez moment chciał. Nie po tym co mu zaserwowała. Obserwował jej ruchy kiedy tak przechadzała się po wnętrzu, wyraźnie próbując rozładować to napięcie, która sama budowała. Wściekł się, to chyba jasne. Jednak tylko szczera słabość wobec niej, hamowała go przed wybuchnięciem. Nie było nikogo przed nim. Nikt nie miał najmniejszych praw rościć sobie praw do tego co uznał już za własne, nawet jeśli nikomu tego nie ogłosił. Raz, że nadmuchane ego do rozmiarów sterowca nie pozwalało mu przyswoić fakt, że istnieje ktoś kto mógł rywalizować o względy tej samej kobiety. To dwa, jak śmiała wmawiać mu, że nie może się o to teraz złościć?
- Kpisz sobie ze mnie? - odwarknął, nie unosząc się jeszcze, jednak dając stanowczy sygnał, że to w jaką stronę idzie ta rozmowa zupełnie mu się nie podoba. Pozwalał się dotykać, pozwalał jej na wszystkie jej ruchy względem siebie, blokując każdy, najdrobniejszy ruch swojego ciała, wiedząc, że właśnie uruchomiła w nim najgorszy tryb. Jednocześnie miał ochotę ją ukarać za dosłowne bawienie się nim przez cały ten czas, a z drugiej pożądał ją mocniej, niż kiedykolwiek widząc, że wymyka mu się z rąk.
- Jeśli coś oswajasz, stajesz się za to odpowiedzialna... - rozczarowanie i żal, na wpół wymieszane z gniewem drżało w jego głosie. Jak inaczej miał wyrazić to, że po prostu czuł się oszukany w tym momencie? Chciał odwoływać się do wszystkich ich wspólnych wybryków i incydentów, które razem przeżyli na przestrzeni lat, ale ego nie pozwalało mu zbyt dosłownie przyznać się, że mu zależało. Tak jakby jego gniewna reakcja nie świadczyła o tym, że cholernie mu zależało, zwłaszcza teraz. - Ale może racja, powinnaś iść, zanim wydarzy się coś przykrego... - kawałek jego mrocznej duszy wyrwał się wraz z tymi słowami. Nigdy taki nie był dla niej, a nawet przy niej. Zawsze starł się ukryć to co najbardziej w nim zepsute, chcąc oferować jej wyłącznie to co miał w sobie najlepsze do zaoferowania. Ale nie potrafił, kiedy czuł się zdradzony. I jasne, że nic nigdy sobie nie obiecali, to niemniej jednak czuł to co czuł. A komunikat miał być prosty; wolisz moją miłość, niż mój gniew.