17.02.2024, 07:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.02.2024, 07:22 przez Ambrosia McKinnon.)
Bardzo dobrze się bawiła, wyciągając dla niego kolejne karty i co pewien czas zerkając kątem oka na jego reakcje. Miała wrażenie, że posiadał ten charakterystyczny wyraz twarzy kogoś, kto powoli zdawał sobie sprawę z tego, że to co mówiły karty może nie były całkowitą bujdą, albo że ktoś właśnie srogo robił go w konia. Najśmieszniejsze jednak było w tym wszystkim to, przynajmniej dla niej samej, że nie musiała niczego wymyślać. Arkana uderzały w punkt, dźwięcząc tragiczną wręcz melodią podsumowującą życie Loretty Lestrange. A mógł faktycznie zapytać o siebie samego, zamiast udawać dzielnego.
Kiedy wszystkie karty zostały położone na stole, przyjrzała mu się już nieco dokładniej i o wiele bardziej otwarcie. Mężczyzna odsunął się od stolika i prawdę powiedziawszy, może to była intuicja, a może zwyczajny odruch, bo kiedy tak postanowił się przejść, sięgnęła dłonią do kupki kart znajdującej się na stole, na moment przykrywając ją dłonią i skupiając się w myślach na sobie. Na tej sytuacji. Nie zwróciła większej uwagi na to, że podniósł jedną z wcześniej wyłożonych przez nią kart, zamiast tego wreszcie łapiąc w palce tę, która znajdowała się na wierzchu talii i zamarła, kiedy odwróciła ją w swoją stronę.
Poczuła, jak dziwny ciężar kładzie jej się na żołądku, kiedy zamrugało do niej słońce, pławiące się w swoim blasku. Nie mogła w tym momencie wyciągnąć dla siebie gorszej karty. Nie, kiedy przyszła tutaj z jego powodu, pełna goryczy gotowa podsumować jego działania za pomocą kart. Teraz mrugał do niej porozumiewawczo, ale trochę smutno. Wiem. Wycedziła w myślach Rosie, jakby właśnie odpowiadała na jakąś niepoważną, arogancką uwagę.
Pobladła jeszcze zanim Louvain złapał ją za włosy.
I to wcale nie było tak, że wraz z jego słowami zalała ją jakaś fala niepokoju. Słońce, które jeszcze przed chwilą trzymała w dłoni, zrobiło przecież swoje, a złowrogi komplement ze strony Lestrange'a tylko dopełnił obrazka. To było jak z Murtaghem i pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy, kiedy pociągnął jej głowę w tył, było gorzkie pytanie odnośnie tego, po co w ogóle ścinała te włosy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zamiast sięgnąć po różdżkę zwyczajnie złapie za nie, chcąc usadzić ją miejscu. Chcąc zmusić do poddaństwa i by usiała go wysłuchać. Oh, nienawidziła tego tak bardzo. Tego, że od większości mężczyzn nie mogła zwyczajnie odejść, nie bojąc się że zrobią jej krzywdę tylko dlatego, że uraziła ich uczucia.
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - zapytała go, patrząc mu w oczy, kiedy przyciskał zakrwawiony palec do jej ust. Wiedziała doskonale z czym to się wiązało. W końcu tak jak z łatwością sam zauważył, nie była głupia. - Nawet nie musiałam kłamać na temat tego, co zobaczyłam w kartach - wysyczała w jego stronę. Louvain był zły na nią, ale ona wbrew pozorom, była zła na kogoś innego. Na Lorettę, na Alexandra, ale przede wszystkim na Donalda. Była też zła na siebie i swoją naiwność, bo teraz, kiedy otaczała ich lepka cisza, przerywana tylko ich słowami, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Lestrange mógł zrobić wiele, o ile nie wszystko.
Kiedy złapał jej wiodącą dłoń, nawet niej próbowała się wysilać, bo przecież wiedziała - wszystko cholernie wiedziała. Siłowanie się z nim nie miało sensu. Pokazała mu więc tę samą kartę, po którą jeszcze przed chwilą sama sięgała, jakby cokolwiek mógł z niej zrozumieć.
- Cóż, całe szczęście dla niej, że ten który ją rżnie w tym momencie jest tak samo pełen złudzeń jak ona. Dla niego pewnie to tylko sen. - rzuciła mu prosto w twarz maksymą Mulciberów i ciężko było powiedzieć, czy próbowała się do tego uśmiechnąć, czy może skrzywić brzydko, ale przez jej usta przebiegł grymas. Była w żałosnej wręcz sytuacji i była wściekła, a kiedy była wściekła - płakała. Dlatego też oczy zaczęły się błyszczeć od wilgoci. - Przeceniasz mnie. Jeśli chcesz wiedzieć gdzie twoja siostra się bawi, nie mogę ci pomóc. Z radością jednak mogę zakomunikować, że z pewnością bawi się teraz o wiele lepiej ode mnie. Chyba, że to tylko taka gra wstępna? - zaśmiała się wręcz bezczelnie, ale przy kolejnym mrugnięciu łzy zebrały jej się w kącikach oczu.
Kiedy wszystkie karty zostały położone na stole, przyjrzała mu się już nieco dokładniej i o wiele bardziej otwarcie. Mężczyzna odsunął się od stolika i prawdę powiedziawszy, może to była intuicja, a może zwyczajny odruch, bo kiedy tak postanowił się przejść, sięgnęła dłonią do kupki kart znajdującej się na stole, na moment przykrywając ją dłonią i skupiając się w myślach na sobie. Na tej sytuacji. Nie zwróciła większej uwagi na to, że podniósł jedną z wcześniej wyłożonych przez nią kart, zamiast tego wreszcie łapiąc w palce tę, która znajdowała się na wierzchu talii i zamarła, kiedy odwróciła ją w swoją stronę.
Poczuła, jak dziwny ciężar kładzie jej się na żołądku, kiedy zamrugało do niej słońce, pławiące się w swoim blasku. Nie mogła w tym momencie wyciągnąć dla siebie gorszej karty. Nie, kiedy przyszła tutaj z jego powodu, pełna goryczy gotowa podsumować jego działania za pomocą kart. Teraz mrugał do niej porozumiewawczo, ale trochę smutno. Wiem. Wycedziła w myślach Rosie, jakby właśnie odpowiadała na jakąś niepoważną, arogancką uwagę.
Pobladła jeszcze zanim Louvain złapał ją za włosy.
I to wcale nie było tak, że wraz z jego słowami zalała ją jakaś fala niepokoju. Słońce, które jeszcze przed chwilą trzymała w dłoni, zrobiło przecież swoje, a złowrogi komplement ze strony Lestrange'a tylko dopełnił obrazka. To było jak z Murtaghem i pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy, kiedy pociągnął jej głowę w tył, było gorzkie pytanie odnośnie tego, po co w ogóle ścinała te włosy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zamiast sięgnąć po różdżkę zwyczajnie złapie za nie, chcąc usadzić ją miejscu. Chcąc zmusić do poddaństwa i by usiała go wysłuchać. Oh, nienawidziła tego tak bardzo. Tego, że od większości mężczyzn nie mogła zwyczajnie odejść, nie bojąc się że zrobią jej krzywdę tylko dlatego, że uraziła ich uczucia.
- Wiesz co jest najśmieszniejsze? - zapytała go, patrząc mu w oczy, kiedy przyciskał zakrwawiony palec do jej ust. Wiedziała doskonale z czym to się wiązało. W końcu tak jak z łatwością sam zauważył, nie była głupia. - Nawet nie musiałam kłamać na temat tego, co zobaczyłam w kartach - wysyczała w jego stronę. Louvain był zły na nią, ale ona wbrew pozorom, była zła na kogoś innego. Na Lorettę, na Alexandra, ale przede wszystkim na Donalda. Była też zła na siebie i swoją naiwność, bo teraz, kiedy otaczała ich lepka cisza, przerywana tylko ich słowami, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Lestrange mógł zrobić wiele, o ile nie wszystko.
Kiedy złapał jej wiodącą dłoń, nawet niej próbowała się wysilać, bo przecież wiedziała - wszystko cholernie wiedziała. Siłowanie się z nim nie miało sensu. Pokazała mu więc tę samą kartę, po którą jeszcze przed chwilą sama sięgała, jakby cokolwiek mógł z niej zrozumieć.
- Cóż, całe szczęście dla niej, że ten który ją rżnie w tym momencie jest tak samo pełen złudzeń jak ona. Dla niego pewnie to tylko sen. - rzuciła mu prosto w twarz maksymą Mulciberów i ciężko było powiedzieć, czy próbowała się do tego uśmiechnąć, czy może skrzywić brzydko, ale przez jej usta przebiegł grymas. Była w żałosnej wręcz sytuacji i była wściekła, a kiedy była wściekła - płakała. Dlatego też oczy zaczęły się błyszczeć od wilgoci. - Przeceniasz mnie. Jeśli chcesz wiedzieć gdzie twoja siostra się bawi, nie mogę ci pomóc. Z radością jednak mogę zakomunikować, że z pewnością bawi się teraz o wiele lepiej ode mnie. Chyba, że to tylko taka gra wstępna? - zaśmiała się wręcz bezczelnie, ale przy kolejnym mrugnięciu łzy zebrały jej się w kącikach oczu.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror