18.02.2024, 08:07 ✶
Oh, ten widok był wart wiele. Bardzo wiele. I przez moment Rosie poczuła ukłucie zadowolenia, przebijającego się gwałtownie przez poniżenie i gniew. To byłą słodka chwila, ale równie krótka, nie będąca w stanie w pełni wybrzmieć. Lestrange był w stanie sprawić jej ból, ale kiedy widziała go takim; rozemocjonowanego, działającego gwałtownie i wręcz niechlujnie jej zdaniem, nie mogła nie pomyśleć, że był to pierwszy, ale też nie ostatni raz, kiedy widzi go w takim stanie.
Jedyne czego tak naprawdę żałowała, to że przejrzał ją tak łatwo. Nie była tylko pewna czy była to jej własna wina, czy może jego własnego niedowierzania w sztukę kart i kompleksów na punkcie siostry.
Pytanie jakie jej zadał, wydawało się podchwytliwe, bo gdyby posiadała coś takiego, to czy w ogóle próbowałaby mu teraz pyskować? Raczej nie. Problem z nią był przede wszystkim taki, że mężczyźni obecni w jej życiu nigdy jej tak nie traktowali. Nie próbowali umyślnie zrobić jej krzywdy, poniżyć czy udzielić jej lekcji pokory, jak to ładnie Lou mógł określić tę sytuację. Owszem, potrafili być agresywni, brutalni czy działać gwałtownie, jednak nigdy nie przeciwko niej. Nie miała więc jak nauczyć się, że powinna uważać. Że kiedy pogrywała sobie w ten sposób, skończy dokładnie tak jak teraz; z ustami Louvaina na jej własnych.
Byłoby to całkiem miłe doświadczenie, gdyby nie okoliczności.
A potem szarpnął ją parę razy, na co syknęła z bólu i dokładnie tak jak sobie tego życzył, z kącików oczu popłynęły jej łzy. Ale im bardziej nią szarpał, tym bardziej się temu wszystkiemu sprzeciwiała, jakby ból tylko podsycał jej buńczuczność, nawet jeśli nie była w stanie się przed nim bronić. Nawet jeśli bez problemu robił z nią co tylko chciał, zmuszając do przyłożenia policzka do blatu. Kopnął krzesło, pozbawiając ją resztek podparcia i teraz zostało jej tylko całym ciężarem ciała zawierzyć stolikowi, przy którym jeszcze nie tak dawno siedzieli.
Zapłakana, z drżącym oddechem, próbowała spojrzeć mu w oczy, kiedy przysunął do niej swoją twarz, szepcząc rozkazujące słowa. I co takiego mi zrobisz? Mówiło jej spojrzenie, ale z gardła nie wydobyło się żadne pytanie. Nic oprócz ciężkiego oddechu, popychanego sercem, które trzepotało się rozpaczliwie w klatce piersiowej.
Ciężko było oprzytomnieć komuś, kto tyle lat swojego życia spędził niby zamknięty we śnie. Śnie z rodzaju najpiękniejszych, gdzie było się w gruncie rzeczy kochanym do granic możliwości, a przynajmniej tak właśnie się czuło. Mimo złamanego serca, przez które przecież znalazła się tutaj dzisiejszego wieczoru, twarzą w twarz z Louvainem, wciąż czuła na ustach wspomnienie tamtej słodkości i każdy jej skrawek walczył o to, żeby ją odzyskać.
Ale oprócz niej, czuła też żelazny filtr krwi, błądzący wciąż po podniebieniu. Posmak, który sprowadzał ją na ziemię, gorzkawą, niechcianą nutą. Szczególnie, kiedy Lestrange wreszcie zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, którego nigdy z siebie nie wydusiła i złapał za świecznik. Zaparła się dłonią o stolik, ale nie miała szans na to, by mu się sprzeciwić.
Ale potem mogła już tylko krzyknąć, kiedy poczuła gorącą parafinę na delikatnej skórze karku. Słyszała każde jego wysyczane do ucha słowo, ale już nie patrzyła na niego, bo zacisnęła oczy, z których płynęły strumienie łez znaczące upstrzone piegami policzki. Na moment wezbrał w niej szloch, który zaraz zdusiła, zamieniając go na drżenie całego ciała. Wreszcie jednak wzięła kolejny, rozemocjonowany oddech, w momencie kiedy pozwolił jej się odezwać, zamiast dusić własnym nieszczęściem. Powtórzyć wymuszone słowa.
- Przepraszam Paniczu Lestrange... - wyszeptała, pustym spojrzeniem zawilgotniałych oczu spoglądając nie na niego, a na powierzchnię stolika i karty, które musiała w pewnym momencie trącić dłonią, bo stosik rozsypał się, pokazując więcej kart. Jej spojrzenie padło na Rydwan i przez moment chyba faktycznie rozważała rozsądek, ale znowu - gdyby była rozsądna, nie byłoby jej tutaj. - że twoja siostra zachowuje się jak rozwiązła szlama.
Wyglądała, jakby przez moment poczuła ulgę, kiedy wypluła z siebie te słowa. Jakby było jej wszystko jedno i chyba trochę tak było. Spisała się właśnie na straty, ale przynajmniej mogła jeszcze odrobinę napsuć mu krwi.
Jedyne czego tak naprawdę żałowała, to że przejrzał ją tak łatwo. Nie była tylko pewna czy była to jej własna wina, czy może jego własnego niedowierzania w sztukę kart i kompleksów na punkcie siostry.
Pytanie jakie jej zadał, wydawało się podchwytliwe, bo gdyby posiadała coś takiego, to czy w ogóle próbowałaby mu teraz pyskować? Raczej nie. Problem z nią był przede wszystkim taki, że mężczyźni obecni w jej życiu nigdy jej tak nie traktowali. Nie próbowali umyślnie zrobić jej krzywdy, poniżyć czy udzielić jej lekcji pokory, jak to ładnie Lou mógł określić tę sytuację. Owszem, potrafili być agresywni, brutalni czy działać gwałtownie, jednak nigdy nie przeciwko niej. Nie miała więc jak nauczyć się, że powinna uważać. Że kiedy pogrywała sobie w ten sposób, skończy dokładnie tak jak teraz; z ustami Louvaina na jej własnych.
Byłoby to całkiem miłe doświadczenie, gdyby nie okoliczności.
A potem szarpnął ją parę razy, na co syknęła z bólu i dokładnie tak jak sobie tego życzył, z kącików oczu popłynęły jej łzy. Ale im bardziej nią szarpał, tym bardziej się temu wszystkiemu sprzeciwiała, jakby ból tylko podsycał jej buńczuczność, nawet jeśli nie była w stanie się przed nim bronić. Nawet jeśli bez problemu robił z nią co tylko chciał, zmuszając do przyłożenia policzka do blatu. Kopnął krzesło, pozbawiając ją resztek podparcia i teraz zostało jej tylko całym ciężarem ciała zawierzyć stolikowi, przy którym jeszcze nie tak dawno siedzieli.
Zapłakana, z drżącym oddechem, próbowała spojrzeć mu w oczy, kiedy przysunął do niej swoją twarz, szepcząc rozkazujące słowa. I co takiego mi zrobisz? Mówiło jej spojrzenie, ale z gardła nie wydobyło się żadne pytanie. Nic oprócz ciężkiego oddechu, popychanego sercem, które trzepotało się rozpaczliwie w klatce piersiowej.
Ciężko było oprzytomnieć komuś, kto tyle lat swojego życia spędził niby zamknięty we śnie. Śnie z rodzaju najpiękniejszych, gdzie było się w gruncie rzeczy kochanym do granic możliwości, a przynajmniej tak właśnie się czuło. Mimo złamanego serca, przez które przecież znalazła się tutaj dzisiejszego wieczoru, twarzą w twarz z Louvainem, wciąż czuła na ustach wspomnienie tamtej słodkości i każdy jej skrawek walczył o to, żeby ją odzyskać.
Ale oprócz niej, czuła też żelazny filtr krwi, błądzący wciąż po podniebieniu. Posmak, który sprowadzał ją na ziemię, gorzkawą, niechcianą nutą. Szczególnie, kiedy Lestrange wreszcie zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, którego nigdy z siebie nie wydusiła i złapał za świecznik. Zaparła się dłonią o stolik, ale nie miała szans na to, by mu się sprzeciwić.
Ale potem mogła już tylko krzyknąć, kiedy poczuła gorącą parafinę na delikatnej skórze karku. Słyszała każde jego wysyczane do ucha słowo, ale już nie patrzyła na niego, bo zacisnęła oczy, z których płynęły strumienie łez znaczące upstrzone piegami policzki. Na moment wezbrał w niej szloch, który zaraz zdusiła, zamieniając go na drżenie całego ciała. Wreszcie jednak wzięła kolejny, rozemocjonowany oddech, w momencie kiedy pozwolił jej się odezwać, zamiast dusić własnym nieszczęściem. Powtórzyć wymuszone słowa.
- Przepraszam Paniczu Lestrange... - wyszeptała, pustym spojrzeniem zawilgotniałych oczu spoglądając nie na niego, a na powierzchnię stolika i karty, które musiała w pewnym momencie trącić dłonią, bo stosik rozsypał się, pokazując więcej kart. Jej spojrzenie padło na Rydwan i przez moment chyba faktycznie rozważała rozsądek, ale znowu - gdyby była rozsądna, nie byłoby jej tutaj. - że twoja siostra zachowuje się jak rozwiązła szlama.
Wyglądała, jakby przez moment poczuła ulgę, kiedy wypluła z siebie te słowa. Jakby było jej wszystko jedno i chyba trochę tak było. Spisała się właśnie na straty, ale przynajmniej mogła jeszcze odrobinę napsuć mu krwi.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror