Kątem oka patrzyła za Alastorem, gdy ten oddalał się w kierunku kobiety z koszykiem, ale gdy dotarli do baru – na moment straciła go z oczu. Atreus poprosił o te drinki i był to moment, w którym Victoria mogła się odrobinę rozejrzeć.
– Mało ci kiszenia ogórków? A co byś chciał teraz kisić, marchew? – odpowiedziała Atreusowi, oczywiście śmiertelnie poważnie, mimo tego, że wcale na serio nie mówiła. – Ale jak potrzebujesz wymiany partnerów w pracy, to wiesz gdzie jest moje biurko – tuż obok biurka Caina Bletchleya. Nie miała nic przeciwko wspólnej sprawie, natomiast na pewno nie mogła go włączyć w to, nad czym obecnie pracowała. Alastor zdążył do nich wrócić i Lestrange zerknęła na to, co trzymał w dłoniach. Odporny na ogień…? Cóż, ona była nań całkowicie odporna, ale widząc te spinki… – Ale to są spinki do koszul, a nie do włosów – to czemu mają się od nich jarać włosy? Zresztą… zajarały mu się, że tak uważał? Kontrolnie nawet zerknęła na głowę Alastora, ale nie działo się tam nic podejrzanego… W tym momencie własną spinkę wsunęła we włosy, odgarniając je trochę na bok z jednej strony – i to była spinka do włosów! I bardzo pasowała do czerni, którą emanowała.
Na słowa Atreusa rozejrzała się we wskazanym kierunku, a widząc latającego Erika i jakiegoś niedźwiedzia… nawet nie mrugnęła. Czy było to coś zadziwiającego? Trochę. Czy była zaskoczona? Ani odrobinę. Znała Brennę o kilkanaście lat za dużo, by mogło to zrobić na niej jakieś większe wrażenie. Nikt nie wrzeszczał, znaczy nikomu się krzywda nie działa…
– Ja nie wiedziałam – odpowiedziała Avelinie, nie podejrzewając ani o jotę, że kobieta zupełnie nie to chciała powiedzieć. I chciała właśnie wciągnąć w Paxtą w jakąś niezobowiązującą rozmowę, ale wtedy… Wtedy poczuła się dziwnie.
Nie miała podstaw podejrzewać, że w tych drinkach znajdzie się coś, co nie powinno tam być. To była impreza organizowana przez Brennę, kobietę, którą znała całe życie. Barman co prawda ostrzegał przed specjalnymi efektami, ale czy to było takie nadzwyczajne? Niespecjalnie. Tak długo, jak nikt nie dolewał jej amortencji do napoju, albo trucizny, to była w stanie to zaakceptować, bo za amortencję mogłaby się już nie powstrzymać. Na pewno jednak nie spodziewała się, że po upiciu pierwszego łyka, poczuje jakąś dziwną ochotę na śpiew. Lubiła tańczyć, ale śpiewać…? Była raczej tą osobą, która nie odzywała się specjalnie dużo w obcym towarzystwie, choć wcale nie trzeba było ciągnąć jej za język. Ale żeby śpiewać? Tę pierwszą ochotę zbyła, ponownie przykładając kieliszek do pociągniętych czerwienią ust, by wypić nieco więcej. Jej myśli nieopatrznie zakręciły się w miejscu oddalonym od tej stodoły, wokół osoby drogiej jej sercu; to był krótki impuls, instrumenty zakończyły poprzednią piosenkę i powoli przygrywały, przygotowując się do kolejnej, a Lestrange poczuła to dziwne uderzenie serca. I poczucie, że musi, bo inaczej się udusi… Odłożyła kieliszek na bar, nie patrząc na barmana, ledwie rzuciła ciemne spojrzenie na Atreusa, Avelinę i Alastora.
– Zaraz wrócę – rzuciła, a jej głos brzmiał odrobinę inaczej, bardziej miękko, śpiewniej? Trudno powiedzieć, bo kobieta nie dała więcej czasu, by móc się nad tym zastanowić. I po prostu przeszła przez salę, wchodząc wprost na scenę, pewnie do tego momentu raczej niezbyt zauważona.
Jeśli ktokolwiek miał właśnie zacząć śpiewać – nie zdążył, bo Victoria po drodze wydobyła różdżkę z kieszeni materiałowych spodni, by wzmocnić swój głos za pomocą magii, i uprzedziła (potencjalnego) śpiewaka. Nie wiedziała skąd w niej ta odwaga, chęć do śpiewania i to jeszcze tego. Mugolska piosenka… ale znała ją; słyszała ją wiele razy w czasach, gdy jeszcze pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym i miała dość częste spotkania z mugolami w ich domach. Znała tekst. I uważała tę piosenkę za piękną. W oryginale śpiewał ja mężczyzna, ale… czy to cokolwiek przeszkadzało?
– Wise men say, only fools rush in – zaintonowała pierwsze słowa, dając się ponieść już do końca, chyba że ktoś próbował ją z tej sceny wygonić. – But I can't help falling in love with you.
Ale… chyba nikt nie próbował? Gdyby miała chwilę czasu na refleksję, to właśnie zastanawiałaby się od kiedy ma taki dobry głos do śpiewu. Na szczęście – tej chwili teraz nie miała żadnej.