Nie miał pojęcia o tym, w jaki sposób przedstawiały się obecnie sprawy wśród Śmierciożerców. Kto został jego następcą? Kto zajął miejsce, które przez ostatnie lata należało do Mulcibera? Na ten moment Robert nie interesował się tą kwestią. Nie starał się dotrzeć do tego rodzaju informacji. Miał na głowie ważniejsze sprawy. O wyższym priorytecie. Istotniejsze. Uważnie jednak słuchał, kiedy Stanley podjął ten konkretny wątek. A więc był zaufanym człowiekiem?
- Na ten moment nie informujmy zbyt wielu osób o naszej znajomości. Relacji. Te powiązania mogą stanowić atut, który zawsze warto posiadać w kieszeni. – zasugerował. Czasami dobrze było zachować coś tylko dla siebie. Zadbać o pewien element zaskoczenia. Pozwalało to zyskać przewagę. Wytrącić przeciwnika z równowagi. Zaburzyć dotychczasowy układ sił? O ile dla Stanleya, Louvain był kimś wartym uwagi, Robert potrzebował czasu na to, aby uznać, że Martes był kimś, po czyjej stronie sam również się opowie. Nie miało dla niego znaczenia to, jaką funkcje ten zajmował. Jak duży kredyt zaufania otrzymał od Mistrza. Podobnie wyglądało to w kontekście wielu innych członków organizacji.
Może wynikało z tego, że jako Apis wiedział o nich czasem zbyt wiele?
- Jednocześnie byłbym zainteresowany informacjami o działaniach, których nowa Lewa Dłoń się podejmie. Bez obaw. Nie zamierzam mu zaszkodzić. Prędzej pomóc, jeśli uznam, że na prawdziwe wsparcie zasługuje.
O ile nie mógł odmówić wykonania poleceń wydanych przez Martesa, to nie musiał stanowić dla niego wsparcia. Pomocy. Był jedną z tych osób, które wiedziały wiele. Znały organizacje od podszewki. Kogoś takiego warto było mieć po swojej stronie. Robert był świadomy tego, że pomimo swojej obecnej pozycji, nadszarpniętej reputacji, nadal mógł zrobić dużo.
Być może więcej, niż niektórzy się spodziewali.
Poczęstował się papierosem. Zapalił. Zabawne w jaki sposób coś tak drobnego wpływało na organizm. Na naszą psychikę. Pozwalało się uspokoić. Odpowiednio wyciszyć. Poukładać pewne kwestie. Uporządkować własne myśli. Zdarzały się chwile, kiedy sięgnięcie po tego rodzaju używkę, stawało się czymś wręcz niezbędnym.
- W takim razie będzie to z całą pewnością kwestia, którą warto poruszyć. Nawet jeśli musiał ratować samego siebie, w dalszym ciągu miał możliwość zadbania o to, żeby zmniejszyć ryzyko wpadki. – wyraził własne zdanie na temat tej sytuacji. Choć na Beltane nie był obecny, to przecież pomagał wszystko zaplanować. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób zorganizowani byli Śmierciożercy. Jak mieli działać.
Wiedział jakimi możliwościami dysponowali.
Decyzja dotycząca ukarania Sauriela, musiała być kontrowersyjna. Musiała doprowadzić do pewnych rozłamów. Mogła wywołać pewne konflikty wewnętrzne. Była zwyczajnie, tak po ludzku, głupia. Lekkomyślna. Pokazywała, iż Rookwood nie do końca ogarniał to, co działo się w organizacji. Nie panował nad swoimi ludźmi.
Nie dostrzegał istotnych zależności?
- Rozesłanie listów może być dobrym posunięciem. Jeśli udałoby Ci się ustalić kto brał w tym udział, prawdopodobnie mógłbym się z taką osobą spotkać. Również z samym Saurielem. Warto ustalić co konkretnie miało miejsce. – miał czas, miał możliwości. Mógł działać. A jeśli w grę wchodziły działania wymierzone przeciwko Chesterowi… obecnie był więcej niż zainteresowany tym, żeby się takowych podjąć. Rzecz jasna w takim stopniu, w jakim mógł. Nie przekraczając pewnych granic. Nie starając się obejść ograniczeń, co mogłoby pociągnąć za sobą bolesne konsekwencje.
Wciąż pamiętał o tym, co miało miejsce w Kromlechu. Podczas tego spotkania, na którym został ukarany. Naznaczony przez Mistrza.