Na szczęście dla Effie, Morpheus należał do tych arystokratycznych panien, które miały w małym paluszku kroki takich tańców, jak walc. Dlatego więc gdy dotarli na parkiet, ułożył dłoń pod łopatką wróżbitki i udając, że strzepuje jakiś pyłek z jej ramienia, odchylił je, tak aby opierała się swoim ciężarem na niej, stosując jedną z podstawowych zasad prowadzącego w tańcu. Dzięki takiemu ułożeniu nie ważne, jak prowadził, jej nogi i środek ciężkości bez udziału głowy reagowały na ruch i dopasowywały się do kroków. Jedyne co musiała zrobić, to trzymać tę nieco nienaturalną pozę i rozpocząć z tej samej nogi.
Nie znając możliwości partnerki, trzymał się zwykłych kroków do pościelowej, powolnej melodii, która w wersji Victorii Lestrange jeszcze się spowolniła i pasowała bardziej do przytulańca na koniec potańcówki. Ich cienie tańczyły po lustrzanej posadzce jeziora, która zaczarowana, odbijała pary niewyraźną, rozmytą wizją z krainy wróżek. Zresztą, Morpheusowi w kolorowej, kwietnej koszuli, z szalem, brakowało tylko diademu i spiczastych uszu, aby przypominać licho z kręgu grzybów, faerie, które prosi o twoje imię, aby je ukraść i porwać do swojego królestwa, abyś tańczył, aż nogi zaczną krwawić i umrzesz z wycieńczenia. Tak wyglądali właśnie ze sobą, Effie i Morpheus. Jak Kościej Bezsmertny, kradnący Marię Morewnę.
— Cóż chcesz knuć, wróżko niegodziwa? — zapytał, odwracając oczekiwania wizualne, niczym w balladzie Keatona, La belle dame sans merci. Francuski tytuł utworu oznaczał „Piękna pani bez litości”, a sam wiersz opowiada o urodziwej nimfie, która omamia mężczyzn i prowadzi ich do zguby i szaleństwa. Nie uważał oczywiście, że tak jest, Effie nie jawiła mu się jako żądna krwi mara, ale nastój przestrzeni skierował jego myśli ku Arturiannie i pochodnych tych mytosów. — Mam nadzieję, że nie odbiłem cię jakiemuś zazdrosnemu partnerowi, któremu zniknęłaś w tłumie?
Dopytał jeszcze, okręcając ich oboje w powolnym tańcu, idealnym na jego kondycję fizyczną, jeśli chce zatańczyć, chociaż kilka razy. Dobry na rozgrzewkę.