21.02.2024, 18:03 ✶
Rodolphus nie lubił gadać po próżnicy. Zwykle dbał o idealny balans między wygodą a dyskomfortem - pozwalał mu zachować odpowiednią trzeźwość umysłu i czujność. Tak było i tym razem, bo mimo iż rozmowa z boku wyglądała tak, jakby toczyła się dobrze, to gdyby ktoś podsłuchiwał od razu by się zorientował, że to Mulciber grał w niej pierwsze skrzypce. On przewodził konwersacji, on ją popychał do przodu. Lestrange odzywał się wyłącznie wtedy, gdy była taka potrzeba. Czasem o coś zapytał, by nie zapadło między nimi milczenie. Zachowywał się dokładnie tak, jak zwykle podczas tego typu spotkań towarzyskich - gdyby był nadmiernie podekscytowany czy rozgadany, komuś od razu zazgrzytałoby w mózgu, że coś tu nie gra.
- Wzajemnie, Robercie. Nie wątpię, że tak będzie - jesteś w końcu jednym z najlepszych - uśmiechnął się kącikiem ust. Kolejne kłamstwo, wywleczone na wierzch ku uciesze osób trzecich. Bo przecież Lestrange nie miał pojęcia, czy świece i kadzidła Mulciberów nie były szajsem: nigdy się nimi nie interesował. Gdy Robert wstał i zaczął szukać portfela, Rodolphus automatycznie zrobił to samo. To był nie tylko wyraz grzeczności, ale i odruch, by odpowiadać lustrzanie na to, co robił jego towarzysz.
Sęk w tym, że Robert po żadnej ze swoich stron nie miał kobiety, która szła w ich kierunku - a on tak. W chwili, gdy odsunął krzesło i przeszedł na bok, na jego plecy wpadła Marie. Najpierw jednak na jego plecy wpadł kieliszek czerwonego wina, który kobieta w odruchu wylała nie tylko na swoją sukienkę, ale i na jego marynarkę. Pisnęła, zaskoczona, bo ruch mężczyzny był szybki i niespodziewany - na tyle, że nie zdążyła zmienić toru swojej drogi. Na krótki moment twarz Rodolphusa wykrzywił grymas zaskoczenia, pomieszanego ze złością. Trwało to zaledwie kilka uderzeń serca, ale było na tyle widoczne, że Robert mógł to zarejestrować.
- Najmocniej przepraszam - powiedział jednak, odwracając się tyłem do Mulcibera. Całą swoją uwagę przeniósł na kobietę, którą bez trudu dopasował do zdjęcia, pokazanego mu przez Roberta. A więc tak to rozegrał - idealny czas i miejsce. Gnida. Marie nie upadła, nie szła na tyle szybko, by odbić się od jego sylwetki, ale... Cóż, sukienka, jasna (bo to zawsze musiały być jasne ubrania), była zrujnowana. Rodolphus schował rękę w kieszeni marynarki, nie przejmując się tym, że oczy pozostałych bywalców Chimery zwróciły się ku nim. W tym rodziny Abott. Wyciągnął materiałową chustkę chyba bardziej z przyzwyczajenia, niż z faktycznej chęci podania jej kobiecie - ale zrobił to, bo ludzie patrzyli. Nawet posłał jej wyuczony, zakłopotany uśmiech. - Zapłacę naturalnie, jeżeli żadne zaklęcie nie pomoże. Chociaż, jeżeli mogę służyć radą, czerwone wino da się sprać białym winem.
Skąd to wiedział? Być może to nie byłby pierwszy raz, gdy ktoś w jego towarzystwie oblewał jasne ubrania czerwonym winem. A może uważał na eliksirach lub słuchał tego, co mówili do niego jego rodzice. Zwłaszcza matka.
- Wzajemnie, Robercie. Nie wątpię, że tak będzie - jesteś w końcu jednym z najlepszych - uśmiechnął się kącikiem ust. Kolejne kłamstwo, wywleczone na wierzch ku uciesze osób trzecich. Bo przecież Lestrange nie miał pojęcia, czy świece i kadzidła Mulciberów nie były szajsem: nigdy się nimi nie interesował. Gdy Robert wstał i zaczął szukać portfela, Rodolphus automatycznie zrobił to samo. To był nie tylko wyraz grzeczności, ale i odruch, by odpowiadać lustrzanie na to, co robił jego towarzysz.
Sęk w tym, że Robert po żadnej ze swoich stron nie miał kobiety, która szła w ich kierunku - a on tak. W chwili, gdy odsunął krzesło i przeszedł na bok, na jego plecy wpadła Marie. Najpierw jednak na jego plecy wpadł kieliszek czerwonego wina, który kobieta w odruchu wylała nie tylko na swoją sukienkę, ale i na jego marynarkę. Pisnęła, zaskoczona, bo ruch mężczyzny był szybki i niespodziewany - na tyle, że nie zdążyła zmienić toru swojej drogi. Na krótki moment twarz Rodolphusa wykrzywił grymas zaskoczenia, pomieszanego ze złością. Trwało to zaledwie kilka uderzeń serca, ale było na tyle widoczne, że Robert mógł to zarejestrować.
- Najmocniej przepraszam - powiedział jednak, odwracając się tyłem do Mulcibera. Całą swoją uwagę przeniósł na kobietę, którą bez trudu dopasował do zdjęcia, pokazanego mu przez Roberta. A więc tak to rozegrał - idealny czas i miejsce. Gnida. Marie nie upadła, nie szła na tyle szybko, by odbić się od jego sylwetki, ale... Cóż, sukienka, jasna (bo to zawsze musiały być jasne ubrania), była zrujnowana. Rodolphus schował rękę w kieszeni marynarki, nie przejmując się tym, że oczy pozostałych bywalców Chimery zwróciły się ku nim. W tym rodziny Abott. Wyciągnął materiałową chustkę chyba bardziej z przyzwyczajenia, niż z faktycznej chęci podania jej kobiecie - ale zrobił to, bo ludzie patrzyli. Nawet posłał jej wyuczony, zakłopotany uśmiech. - Zapłacę naturalnie, jeżeli żadne zaklęcie nie pomoże. Chociaż, jeżeli mogę służyć radą, czerwone wino da się sprać białym winem.
Skąd to wiedział? Być może to nie byłby pierwszy raz, gdy ktoś w jego towarzystwie oblewał jasne ubrania czerwonym winem. A może uważał na eliksirach lub słuchał tego, co mówili do niego jego rodzice. Zwłaszcza matka.