Nie mogła się złościć na Perseusa, bo nie była nawet świadoma, że jakiekolwiek kwiatki w tak drogim jej ogrodzie ostały się po wichurze, jaka przetoczyła się przez Dolinę Godryka – bo gdy miało to miejsce, to leżała nieprzytomna, niemal bez życia, najpierw głową w rytualnym ognisku, a później zwisała z drzewa… by jeszcze później przez kilka boleśnie (dosłownie) długich godzin nie dawać oznak życia w polowym szpitalu. A nawet gdyby miała tego świadomość… Kochała kwiaty, bo były piękne, bo sprawiały jej radość. Jeśli tych kilka, które przeżyły zabójcze wiatrzysko, sprawiło radość Perseusowi i wybrance jego serca, która jutro miał poślubić, to pewnie ucieszyłaby się, że do czegoś się przydały. Bo i tak musiała cały ogródek przekopać i posadzić wszystko na nowo… Z pomocą Anny Rookwood co prawda, bo sama była zbyt słaba, ale tych kilka kwiatów i tak musiałaby wtedy wykopać. Dobrze więc się stało. Teraz więc odwzajemniła jego uśmiech; zawsze dobrze jej się kojarzył, jako kuzyn jej ulubionego kuzyna. Zresztą miewali sporadyczny kontakt, bo zaopatrywała Blacka w eliksiry.
– Jestem tego wręcz pewna. Sama o zdrowych zmysłach nigdy nie weszłabym na scenę – odparła mężczyźnie, pozwalając sobie na odrobinę zabawy i również minimalnie ściszyła głos, ale i tak pewnie reszta osób tutaj usłyszała co miała do powiedzenia. – A nie wypiłam tak dużo, żeby zacząć robić takie dziwne rzeczy – kilka łyków drinka… co to było? Zgoda, nie pijała już tak dużo, i to od wielu, wielu lat. Brenna na pewno pamiętała dlaczego. Ale nie odmawiała sobie, gdy miała ochotę. Zresztą Erik zaraz potwierdził jej przypuszczenia i była bliska westchnięcia. To, że barman ostrzegał to jedno – Victoria po prostu nie wyobrażała sobie, że te „specjalne efekty” to może być właśnie coś tego typu: że zacznie robić rzeczy, jakich normalnie za żadne skarby by nie zrobiła. Nie była Saurielem, który potrafił śpiewać do melodii wygrywanej przez własną gitarę. Nie była też Laurentem, który swoim głosem mógłby zaczarować prawie każdego, kogo tylko by chciał. – Sporo dopłaciła… ach tak… – wymruczała pod nosem.
Erik zaraz przeprosił towarzystwo i się ulotnił, w sumie to nie mogła się mu dziwić, skoro dopiero co lewitował. Niedźwiedź zniknął, a mężczyzna, który się w jego miejsce pojawił, porwał do tańca Norę. Nie zdążyła więc się jej nawet przedstawić, pochwalić klubokawiarni, do której raz zabrał ją Sauriel, ani powiedzieć jej, że Rookwood mówił o niej same dobre rzeczy. Zdążyła się tylko uśmiechnąć do blondyneczki ślicznej jak samo słońce i tyle ją widziała – odprowadzając wzrokiem na parkiet.
Miała moment, by przyjrzeć się temu, co wyłowiła z koszyczka – spinki, chyba takie same, jakie pokazywał Alastor chwilę temu.
– Cześć, Patrick – znowu miała w dłoniach kieliszek, lecz przyjście Stewarta z jakimś mężczyzną sprawiło, że oddaliła chęć napicia się. Uśmiechnęła się do znajomego aurora i przeniosła ciemne spojrzenie na jego towarzysza. Chyba kilka razy gdzieś go widziała, ale nigdy nie miała okazji porozmawiać? – Victoria Lestrange – przedstawiła się w odpowiedzi i Patrick mógł mieć teraz pewność, że się nie znali. – Najnowsza ofiara i obsesja? Współczuję – odparła z pełną powagą, chociaż tak naprawdę to to był żart. Ale właśnie w taki sposób Lestrange żartowała. – A próbowałeś egzorcyzmować z niej tego chochlika, który ciągle pcha ją i innych do niebezpieczeństwa? – dodała jeszcze i przymrużyła oczy, bo oto sprawczyni całego zamieszania się do nich zbliżała. Z sufitu spadały gwiazdy... a może to tylko gwiezdny pyłek, i obsiadły ciemne, prawie czarne włosy Victorii, i jej równie ciemną kreację, tworząc ten piękny, niemal eteryczny kontrast. Kilka z nich osiadło na końcu jej prostego nosa i zsunęło się po policzkach, aż wykalkulowanym ruchem uniosła dłoń, by strzepnąć zeń pyłek jak najmniejszym kosztem. – Cześć – odpowiedziała kobiecie i wlepiła w nią mocne spojrzenie. Mocne i milczące, wymowne, wyzywające wręcz? Które mówiło, że… się odpłaci? A może też tylko sobie żartowało, bo przecież nic się nie stało takiego z tego powodu, że wlazła jak idiotka na tę scenę. Objęła zresztą Brennę jedną ręką, w drugiej trzymając wciąż niezaczętego kieliszka i gdy w końcu się od siebie odsunęły – uśmiechnęła się, oszczędnie, jak to Victoria. – Cieszę się, że ci się podobało – powiedziała w końcu, by przypieczętować te słowa przyłożeniem szkła do swoich pełnych, pociągniętych szminką ust. – Ale kiedyś się odwdzięczę – dodała i mrugnęła, po czym przechyliła kieliszek, by się napić.
!magicznydrink