02.12.2022, 23:29 ✶
Nie był już pewien - czy to on doprowadził do tej tragedii, do tego stanu, w którym Nora zwijała się kompletnie zawstydzona i przerażona, czy był tu jedynie mniej istotnym elementem. Wiedział tylko jedno - było mu przykro, nie chciał widzieć tej sceny, aż głośno przełknął ślinę i na moment porzucił potrzebę poszukiwania czarodzieja odpowiedzialnego za rzucenie tego nieszczęsnego zaklęcia. Chciał znaleźć się obok, zapewnić jej jakieś poczucie komfortu i... chyba dopiero wtedy, kiedy zobaczył przy niej Brennę, wróciła do niego pozornie oczywista myśl, że jeżeli ktokolwiek miał wesprzeć pannę Figg w tej sytuacji, to z pewnością nie był to on. Dosłownie przed chwilą czmychnął pomiędzy ludzi, chcąc uniknąć niewygodnego kontaktu. Miałby ją teraz pocieszać? Miałby ją zabrać na bok? I co miał tam niby zrobić, dać jej drinka? To wszystko było o wiele lepsze w tym wydaniu, w którym daje jej po prostu spokój i pozostawia w dłoniach kogoś o przynajmniej dwie tony cieplejszego od niego. Ciekawskie spojrzenia otaczających go ludzi odbijały się od niego kompletnie. Nie obchodzili go reporterzy, nie obchodzili go przypadkowi gapie, nie obchodzili go plotkarze i plotkary - przejmowanie się tym teraz wybiegało gdzieś daleko poza to, co widział przed sobą - zdruzgotaną dziewczynę potrzebującą pomocy.
Eden miała rację - chwytanie go od tyłu za ramię nie należało do rzeczy najrozsądniejszych i w innych warunkach zareagowałby pewnie o wiele silniej niż zrobił to teraz - chwytając ją za dłoń i odwracając się w jej kierunku. Szczerze mówiąc, spodziewał się ujrzeć tam Ashling. Lestrange mogła więc zobaczyć, jak wyraz jego twarzy zmienia się diametralnie. Najpierw wyglądał, jakby chciał coś od razu powiedzieć. Później przyszła ta część, kiedy pomyślał:
Oh.
Następnie jego brwi zbliżyły się do siebie, by po chwili mógł uciec spojrzeniem gdzieś w bok, kiedy tylko oberwał rzuconym beznamiętnie wulgaryzmem i krytyką swojego zachowania. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, że to akurat ona zareaguje. Jeszcze bardziej nie spodziewał się tego, że zostanie przez nią zrugany.
- Ja... staram się sprawić, żeby Black nie rozdeptał bobra? - Brzmiało absurdalnie, ale co innego miał powiedzieć? - To byłaby tragedia... - Lekko zmieszany rzucił spojrzeniem za swoje prawe ramię. Figg, asekurowana, przepraszana i wyprowadzana na zewnątrz, nie potrzebowała go w nawet najmniejszym stopniu. Utrwaliwszy sobie w głowie, że nie musi za nią biec, ani robić tutaj jeszcze większego zamieszania, rujnując przyjęcie i występ przepięknej kobiety, która oczarowała publikę swoim majestatem, wrócił wzrokiem do Eden i bardzo tego pożałował. Nie dlatego, że coś do niej miał. Było przecież wręcz przeciwnie - nawet otwarcie skrytykowany na środku parkietu w sali balowej, otoczony rzędami potencjalnych gapiów, wpatrywał się w nią jak wcześniej, jak zawsze - psimi oczami zawieszonymi wpierw na oczach, później na wąskich ustach. Żałował, bo w takich momentach niektóre rzeczy mimowolnie wracały do serca. Rzeczy, jakie lata temu postanowił zakopać najgłębiej, jak się da... i zapomnieć. Nie zapomniał. A jeżeli zapomniał, to właśnie to odkopał. Nie potrafił połączyć tych rzeczy ze sobą - tego jak interpretował zmieszanie Nory przez pryzmat tego, jak on postrzegał swoją relację z Eden.
- Wszystko okej? - Pytanie rzucił wprost, nie kłopocząc się puszczeniem jej dłoni, o ile nie wyrwała jej wcześniej spomiędzy jego palców. Nie miał zamiaru ukrywać tego, że ją obserwował i był świadkiem dziwacznej kłótni i licytowania za absurdalnie wielkie pieniądze... uh, czegokolwiek, co licytowała, a co później wylicytował jej brat.
Kiedy zaczęła grać muzyka, oboje wciąż stali na parkiecie. Powinien się pewnie czuć o wiele mniej pewnie, niż się teraz czuł, decydując na zaproszenie jej do tańca. Gryfoński hart ducha nie pomógł mu przecież nigdy w rozwoju tej historii. Dlaczego dzisiaj było inaczej? Nie znalazł żadnych wymówek ani wykrętów. Gdyby do niego sama nie podeszła, gdyby nie stała tak blisko - pewnie by się wahał do ostatniej piosenki, a później obserwował, jak tańczy do niej z mężem. Teraz wszystko zdawało się być idealne i chociaż pewnie nie do końca wypadało, bo coś tam (a niech te wszystkie konwenanse) - wszechświat naprawdę postarał się, aby nie dać mu żadnego pola manewru, niejako zmuszając do utonięcia w obliczu nieszczęśliwej miłości.
- Zatańczysz?
Warga lekko drgnęła mu do góry w próbie uśmiechu, na szczęście nie obnażając wybitych zębów, mogących nieciekawie skomponować się z szeregiem nowych zadrapań wokół prawego ucha. Trochę się zestrzał od czasów, kiedy razem pracowali, ale wciąż był sobą - tym samym, obitym Moodym, jakiego musiała pamiętać z biura. Wracały do niej wspomnienia?
Eden miała rację - chwytanie go od tyłu za ramię nie należało do rzeczy najrozsądniejszych i w innych warunkach zareagowałby pewnie o wiele silniej niż zrobił to teraz - chwytając ją za dłoń i odwracając się w jej kierunku. Szczerze mówiąc, spodziewał się ujrzeć tam Ashling. Lestrange mogła więc zobaczyć, jak wyraz jego twarzy zmienia się diametralnie. Najpierw wyglądał, jakby chciał coś od razu powiedzieć. Później przyszła ta część, kiedy pomyślał:
Oh.
Następnie jego brwi zbliżyły się do siebie, by po chwili mógł uciec spojrzeniem gdzieś w bok, kiedy tylko oberwał rzuconym beznamiętnie wulgaryzmem i krytyką swojego zachowania. Zdecydowanie nie spodziewał się tego, że to akurat ona zareaguje. Jeszcze bardziej nie spodziewał się tego, że zostanie przez nią zrugany.
- Ja... staram się sprawić, żeby Black nie rozdeptał bobra? - Brzmiało absurdalnie, ale co innego miał powiedzieć? - To byłaby tragedia... - Lekko zmieszany rzucił spojrzeniem za swoje prawe ramię. Figg, asekurowana, przepraszana i wyprowadzana na zewnątrz, nie potrzebowała go w nawet najmniejszym stopniu. Utrwaliwszy sobie w głowie, że nie musi za nią biec, ani robić tutaj jeszcze większego zamieszania, rujnując przyjęcie i występ przepięknej kobiety, która oczarowała publikę swoim majestatem, wrócił wzrokiem do Eden i bardzo tego pożałował. Nie dlatego, że coś do niej miał. Było przecież wręcz przeciwnie - nawet otwarcie skrytykowany na środku parkietu w sali balowej, otoczony rzędami potencjalnych gapiów, wpatrywał się w nią jak wcześniej, jak zawsze - psimi oczami zawieszonymi wpierw na oczach, później na wąskich ustach. Żałował, bo w takich momentach niektóre rzeczy mimowolnie wracały do serca. Rzeczy, jakie lata temu postanowił zakopać najgłębiej, jak się da... i zapomnieć. Nie zapomniał. A jeżeli zapomniał, to właśnie to odkopał. Nie potrafił połączyć tych rzeczy ze sobą - tego jak interpretował zmieszanie Nory przez pryzmat tego, jak on postrzegał swoją relację z Eden.
- Wszystko okej? - Pytanie rzucił wprost, nie kłopocząc się puszczeniem jej dłoni, o ile nie wyrwała jej wcześniej spomiędzy jego palców. Nie miał zamiaru ukrywać tego, że ją obserwował i był świadkiem dziwacznej kłótni i licytowania za absurdalnie wielkie pieniądze... uh, czegokolwiek, co licytowała, a co później wylicytował jej brat.
Kiedy zaczęła grać muzyka, oboje wciąż stali na parkiecie. Powinien się pewnie czuć o wiele mniej pewnie, niż się teraz czuł, decydując na zaproszenie jej do tańca. Gryfoński hart ducha nie pomógł mu przecież nigdy w rozwoju tej historii. Dlaczego dzisiaj było inaczej? Nie znalazł żadnych wymówek ani wykrętów. Gdyby do niego sama nie podeszła, gdyby nie stała tak blisko - pewnie by się wahał do ostatniej piosenki, a później obserwował, jak tańczy do niej z mężem. Teraz wszystko zdawało się być idealne i chociaż pewnie nie do końca wypadało, bo coś tam (a niech te wszystkie konwenanse) - wszechświat naprawdę postarał się, aby nie dać mu żadnego pola manewru, niejako zmuszając do utonięcia w obliczu nieszczęśliwej miłości.
- Zatańczysz?
Warga lekko drgnęła mu do góry w próbie uśmiechu, na szczęście nie obnażając wybitych zębów, mogących nieciekawie skomponować się z szeregiem nowych zadrapań wokół prawego ucha. Trochę się zestrzał od czasów, kiedy razem pracowali, ale wciąż był sobą - tym samym, obitym Moodym, jakiego musiała pamiętać z biura. Wracały do niej wspomnienia?
fear is the mind-killer.