— Ja jeszcze czekam na moją — wierzył w słowność Ollivander i to, że się zjawi, nawet jeśli dopiero o północy, w godzinie duchów.
Zakręcił Effimery pod ręką tak, aby błyskotki z nieba jak najładniej ułożyły się na jej włosach, tworząc anielską aureolę dookoła niej, jakby wydobywając jej wewnętrzny blask na zewnątrz. Rzeczywiście coraz bardziej przypominała cukrową wróżkę; tak łatwo tańczyło się, gdy druga osoba opierała się na umiejętnościach partnera. Przy zmianie utworu trochę improwizował, kolejny powolny taniec, który nie miał jednak konkretnego rytmu, wystukiwanego dostatecznie wyraźnie, aby cokolwiek wybrać. Nie zdążył odpowiedzieć, bo wtedy znad ramienia zauważył zagubioną Septimę. Czy wiedział, aby patrzeć, dzięki pudrowi jasnowidzenia? Nie był pewien.
— Chyba głównie tym, że nie jestem szczególnie społeczną osobą, przez jasnowidzenie — zażartował, trochę na serio, trochę żartem. Dotańczył ich do końca piosenki, ostatnie takty, prowadząc ich w stronę Dory i pustego miejsca po Neilu. Ukłonił się Effimery, nadal trzymając jej dłoń, niby rycerz z romantycznych obrazów, dotykajac czołem lekko wierzchu jej dłoni, teatralnie. Wyprostował się, uśmiechnął i odwrócił się, aby znów szukać. Wspiął się na palce i już! Widział ją. Serce, od tańca najwidoczniej, trzepotało w piersi.
— Septima! — przecisnął się przez kilka osób, aby dotrzeć do kobiety, na jego twarzy uśmiech, ten sam, który powitał ją w Italii, ale mniej skonfundowany.
Dawno temu opowiadał, że ubiera się zawsze w magiczne szaty, aby wyraźnie zaznaczyć, że oto należy do tego miejsca, konstruuje uważnie obraz swojej osoby, aby nie dało się zarzucić mu obcości, której miał dostatecznie dużo przez dar widzenia. Tego wieczoru jednak nosił koszulę w kwiaty, tak jakby gdzieś w jego głowie mignął ten motyw i chciał sparować się z Septimą. Dawno temu również Morpheus opowiadał o tym, że osoby, które spotykamy na naszej drodze życia, pozostawiają na nas ślad, którego nie da się zrzucić i nigdy nie wychodzimy z doświadczeń jako ta sama osoba.
Otworzył swoje ramiona i uścisnął ją. Oprócz znanego zapachu kadzidła, na skórze nosił też głęboką śliwkę oraz... wiśnię. Wiśnię, która opowiadała o tym, jak jej życie dotknęło jego, pozostając już na zawsze znakiem w duszy. Ta wiśniowa nuta, tak ulotna pod ciężarem karmelowych tonów, była jak moment, gdy płaszcze zimowe wiszą obok siebie na wieszaku i przesiąkają wzajemnie perfumami. Wiśnia opowiadała o tym, że przynależał do niej.
— Wyglądasz przepięknie, chociaż w duchu wierzyłem, że specjalnie zignorujesz moją sugestię. — W jego głosie nie było urazy, a jedynie radość, że jednak się pojawiła. Świetlista kukułka, która latała cały czas dookoła Morpheusa, kryształ w formie jego zwierzęcia totemicznego, okrążyła jego ramię, nagle jej skrzydła zatrzepotały, usiadła na skroni Septimy i zmieniła się w ćmę, poruszając powolutku zupełnie innymi, jak zaczarowana spinka.
— Drinki czy tańce? — zapytał, wyciągając w jej stronę łokieć, tak samo jak przed przyjęciem w willi. — Te też mają efekty-niespodzianki, ale nie tak drastyczne. Zwykłe wino też jest.