Pomieszczenie nie było szczególnie duże, ale jednocześnie nie dało się go nazwać małym. Przez wykuszowe okno wpadało sporo światła, zbyt mało jednak, żeby wpłynąć na efekt, który tworzyły ciemne, drewniane meble. Ciemnozielone zasłony. Drewniane panele. Wyróżniał się jedynie wyjątkowo jasny, jednolity dywan. Beżowy.
Rodolphus znalazł się zaraz przy wejściu. Miał więc dobry widok praktycznie na całe wnętrze. Jedna ściana, zasłonięta przez meble wykonane na wymiar. Sięgające po sam sufit. Przy drugiej znajdywała się niewysoka komoda, na której stało kilka butelek alkoholu, szklanki, nawet popielniczka. Do tego jakieś pojedyncze bzdury. Nieistotne. W pobliżu komody obraz, przedstawiający jakiś krajobraz. Duży. Niemalże wzrostu człowieka, choć niewysokiego. Ostatnia ściana, to okno wykuszowe. Wkomponowana w nie kanapa. Dwa fotele. I stolik. Niski. Kawowy. Całość urządzona z gustem.
Z całą pewnością jednak - dość wiekowa. Nie trzeba było się na tym szczególnie dobrze znać, aby to zaobserwować. Wyczuć?
Nie musiał Roberta szukać. Nie musiał liczyć, że ten zarejestruje jego nagłe pojawienie się w kamienicy. Był na miejscu. W tym samym pomieszczeniu. Nic dziwnego, skoro miał w zwyczaju spędzać tu praktycznie cały swój czas. Od rana, do późnego wieczora.
W tym konkretnym momencie, stał za biurkiem. Tuż obok fotela obitego skórą. Czymś skóropodobnym? Wyprostowany, zdejmował właśnie z siebie szary sweter. Pozbywał się zbędnej odzieży. Przy okazji odsłonił całkiem sporo ciała. Podwinęła się, znajdująca się pod spodem, biała podkoszulka.
Robert niewiele sobie robił z tego Rodolphusowego wtargnięcia. Dokończył to, co zaczął. Rzucił sweter na oparcie fotela. Pozwolił, żeby koszulka swobodnie opadła. Na nowo okryła ciało. Dopiero kiedy skończył, skierował na chłopaka całą swoją uwagę.
I nie, nie odezwał się od razu. Z miejsca.
Zajęło mu to chwilę.
- Nie zapowiedziałeś się, Lestrange. - wreszcie padło z jego strony. Ust.
Czekając na wyjaśnienia, o które nie poprosił wprost, jednoznacznie, podszedł do komody. Obszedł przy okazji biurko. Sięgnął po jedną z karafek z alkoholem, sięgnął też po szklankę. Nalał sobie jasnobrązowego trunku. Niezbyt dużo. Tak gdzieś na dwa palce. Rodolphusa nie zapytał czy chce dołączyć.
- Siadaj, skoro już się tutaj zjawiłeś, porozmawiamy. - zamiast zaproponować szczeniakowi cokolwiek do picia, wskazał na fotel znajdujący się zaraz przy biurku. Po jego drugiej stronie. Nie tak wygodny jak ten, który zajmował osobiście, ale nie było wielu powodów do narzekania.