Nie zdarzało się to często. Z reguły sobie na to nie pozwalał, starając się zachować nad wszystkim kontrole. Obecnie jednak reguły gry się zmieniły, w związku z czym zmuszony był do tego, aby grać według nowych zasad. Dostosować się. Niekoniecznie był z tego powodu zadowolony. Niekoniecznie mu to odpowiadało. Tylko czy miał inne możliwości?
- Nie zawsze możesz się do wszystkiego przygotować. I właśnie w takich momentach, cenną okazuje się umiejętność improwizowania. Masz racje, że nie jest to coś, na co zwykłem się decydować, ale przy odpowiednim przygotowaniu, warto czasami podjąć się ryzyka.
Zdarzało się, że tylko w taki sposób można było wygrać. Osiągnąć sukces. Idąc na żywioł i licząc na to, iż wszystko potoczy się w odpowiedni sposób. Zgodnie z oczekiwaniami. Jak to się w takich sytuacjach mówiło? Kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Robert co prawda preferował whisky, ale to już szczegóły. Mało istotne.
Pierdolił od rzeczy? Być może dlatego, że okoliczności się zmieniły. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że na wiele kwestii spoglądał inaczej. Zostawiły swój odcisk na osobie, jaką był Robert. Wpłynęły na niego bardziej, niż początkowo się Rodolphusowi wydawało. Tylko czy te wszystkie zmiany należało uznać za alarmujące? Niepokojące?
Czy Robert działał rzeczywiście obecnie w sposób, który ich wszystkich narażał na większe niebezpieczeństwo?
- Źle na to spoglądasz, Lestrange. - zareagował na jego uwagę. Tę dotyczącą zawartej przysięgi wieczystej. Tylko czy mówił w tym momencie szczerze? Czy faktycznie wierzył w to, co wychodziło właśnie z jego ust? Gdyby miał sam sobie na te pytania odpowiedzieć - byłaby to odpowiedź przecząca.
Nie tracił czasu na dalsze tłumaczenia się. Pozwolił, aby przeszli do kolejnej kwestii.
Spojrzenie pomknęło za podkradzioną szklanką. Za alkoholem. Tym razem nie towarzyszyła temu jednak irytacja. A przynajmniej - niczego takiego nie dało się zaobserwować. Wychwycić. Kilka chwil i Robert znów zamiast na procentach, skupił się na swoim rozmówcy.
- Ty mi powinieneś odpowiedzieć na to pytanie. Byłeś tam. Dostałeś szanse na to, żeby z nią porozmawiać. Być może jeszcze tego nie zaobserwowałeś, ale nie jestem pieprzonym Dolohovem i nie przepowiem Ci kolejnych wydarzeń. - o ile ktoś taki, jak ten cały Dolohov, rzeczywiście był w stanie cokolwiek przewidzieć. Zobaczyć. Robert nie bardzo w to wierzył. Nawet jeśli tego rodzaju zdolności istniały, to był to wyjątkowo rzadki, a do tego naprawdę kapryśny dar. Większość tych wszystkich szarlatanów, zwyczajnie kroiła ludzi na pieniądze. Żerowała na ich naiwności. Niektórzy zarabiali na tym krocie. - Udało Ci się cokolwiek zdziałać? - zadał pytanie, wyraźnie oczekując tego, że Lestrange opowie mu o wszystkim, co miało miejsce już po tym, jak Robert opuścił restauracje. Marie była od tego momentu jego zadaniem. Jego sprawą. Musiał jakoś to ugryźć. Rozgryźć? Po prostu jakoś sobie z tym poradzić.
Tylko czy był w stanie?