— Trzymam za ciebie kciuki, w takim razie — stwierdził nastolatek na wspomnienie o wzroście, wyczuwając jakieś kompleksy. Najlepszy, największy. Nie widział ani odrobiny cichej pokory w małym wieszczu, ale nie szukał również zbyt dokładnie. Gdyby wieszał jego plakat nad łóżkiem, może wtedy na siłę by coś odnalazł. Nie robił tego jednak, po pierwsze dlatego, że jego towarzysz niedoli podróży po pociągu jeszcze ich nie miał, a po drugie, Morpheus pałał swojego rodzaju pogardą do ulicznych wieszczy i robienia z siebie spektaklu. W tym czasie starszy Krukon już prawie osiągnął swój wzrost, w którym miał się zatrzymać, bardzo pośredni, ale jemu to odpowiadało.
Gdyby lata później Morpheus usłyszał słowa Dolohova, odpowiedziałby mu pytaniem skąd wiadomo, że w chwili odkrycia dźwięku, Czarna Dziura po prostu nie postanowiła, że śpiewa od miliardów lat, retroaktywnie zmieniając rzeczywistość. Jednak stojąc w ostatnim wagonie Hogwart Express, na szyi nastolatka nie lśnił jeszcze złoty łańcuszek z czasozmieniaczem, a biochemia jego mózgu jeszcze trwała w prawie naturalnym rozwoju postrzegania świata, wyszczerbionym o patrzenie w przyszłość. Dopiero później, dużo dalej w dorosłość, gdy kończył się rozwój jego kory przedczołowej, wraz ze śmiercią jego matki, kiedy zgodnie z jej życzeniami, nauczył się używania magicznego artefaktu, doświadczył go. Czas? Nieistotna definicja arbitralnych miar bez przełożenia na realia wszechświata. Odbierał świat inaczej już w momencie doświadczenia pajęczych nici przyszłości, a później miało to się zmienić jeszcze bardziej.
Z przepastnych połów swojej szaty Morpheus, wyjął dojrzałą persymonę. Longbottom zdecydowanie nosił przerobiony klasyczny, regulaminowy krój ubrań o wiele kieszeni. Na pierwszy rzut oka wydawała się taka sama, jak reszty, ale wprawne oko widziało, że nie jest tylko zdjęta z wieszaka, ale uszyta na miarę, szwy są idealnie spasowane, a cienka wełna, miękki kaszmir i merynos, lśni satynowym splotem, układając się mięsiście, aż zachęcając, aby jej dotknąć. Koszula nie jest jedwabna, bo to oznaka nowobogackich rodzin, które nie wiedzą, kiedy dobrać jaki materiał i do jakiego wieku. Egipska bawełna, krochmalona, zachwycała. Na dodatek, nie miał osobnego kołnierzyka, aby wymieniać go częściej, niż całość; mógł pozwolić sobie na więcej sztuk odzieży.
Oparł się biodrami o jeden z dużych kufrów, ułożył nasady kciuków na dołku, gdzie wcześniej była szypułka owocu, objął całość długimi palcami pianisty i nacisnął. Owoc pękł na dwie połowy od góry, roztaczając słodki smak, nieco jesienny i nostalgiczny, dookoła dwójki prefektów. Nie zamierzał najwyraźniej ingerować w to, co dzieje się za szybą, ale też nie zamierzał wychodzić z pomieszczenia. Rozerwał miękkie ciało kaki na dwie połowy z satysfakcjonującym chrupnięciem. W tym czasie jego oczy rozmyły się lekko, w łagodnej sile tego gestu, do którego nie potrzebował wiele skupienia; spoglądał do przodu, tylko o kilka sekund, gdy młodszy Krukon mówił.
Skorzystał z luki, jaką tworzyło ich wzajemne jasnowidzenie i gdy wybrzmiewało trywialne z ust gwiazdy socjometrycznej, Morpheus wsadził mu kawałek owocu do buzi. Siłą, jeśli trzeba. Wszystko, aby przestał mielić ozorem.
— Kiedy nic nie ma znaczenia, wszystko ma znaczenie. Mówił ci już ktoś kiedyś, że krowa, która dużo muczy, mało mleka daje? — Sam wgryzł się w swój kawałek owocu z zadowoloną miną, czując, jak zapach przekłada się na oszałamiający, soczysty smak dość zwartego miąższu, o gładkości sorbetu i twardej skórki, łupiny trzymającej świat rozkosznego smaku w kloszu niepozornego kształtu. Sok umalował jego usta błyszczącą słodyczą. — Możesz już wrócić, poradzę sobie.
Kolejny gryz i machnięcie dłonią, zbywające. Morpheus Longbottom odprawiał go, jak służącego, którego już nie potrzeba.