Przez dobrą dobę, w swojej głowie, był gotów wystawić swój autorytet i status na próbę, dla niej. Bo gdyby rozeszła się plotka, że lewa ręką Voldermorta wstawia się w interesie jakiejś czarownicy półkrwi rodem z suburbia, Louvain mógłby mieć wcale nie taki drobny problem. I to nie żaden jego akt łaski dla niej, lecz po tylu kilku, może kilkunastu razach kiedy doprowadzał ją do łez, czuł się w pewien sposób odpowiedzialny za nią. To głupie, prawda, ale dokładnie tak się czuł, kiedy raz po raz odtrącał jej wróżby, uważając je za kolejną próbę wytrącenia go z równowagi. Mógł się się wściekać, karcić ją, ale prawda zawarta w tych wróżbiarskich docinkach jakie trafiały do jego poczty, zawsze wybijała na powierzchnię niczym plamy opadowe na zwłokach.
Prędzej połknie pięść, niż przyzna jej rację, ale ten niewielki centyl przyzwoitości skrywany głęboko na dnie wątroby, kazał mu przynajmniej w drobnych gestach wyrównać szkody jakie jej wyrządzał. Komplet drogich, wróżbiarskich utensyliów, czy szyta na miarę suknia z metką Rosier nie mogła wyleczyć bólu egzystencjalnego, ale mogła sprawić, że w takiej wyglądała na bardziej dumną i piękną, niż nie jedna salonowa flądra. Chociaż pewnie nie miał okazji ujrzeć Rosie w takiej kreacji, to dobrze wiedział, że leżały na niej perfekcyjnie. Tak jakby niedopowiedziany hołd ruchom jej ciała, które wryły mu się w pamięci na tyle, by wiedzieć na ile cali powinno być wcięcie w tali tej przepłaconej kiecki z najpopularniejszego domu domy w Londynie.
Kiedy na moment skrzyżował z Ambrosie spojrzenie, nie dostrzegł w jej oczach żadnej ulgi na swój widok, nawet cień zadowolenia tym, że zjawił się w porę. Jedynie coś z pogranicza żałości, co sprawiło że poczuł się w tej sytuacji niemal jak trzeci napastnik. Nie było jednak czasu na zbyt wiele przemyśleń, bo udane zaklęcie, jedno i drugie, wymierzone w szmalcowników było odpowiednio skuteczne, by odebrać im różdżki, które wylądowały w jego drugiej ręce. W tym momencie kryształ rozbił się niespodziewanie na głowie jednego z szumowin, pękając na tysiące drobnych części, aż zasłonił mu widok na wściekłą twarz McKinnon. Tego trafionego musiało nieźle zamroczyć, bo momentalnie upadł na podłogę, z kolei tego drugiego Lestrange od razu szarpnął za kołnierz. Ręce miał zajęte różdżkami, więc sprzedał mu łokcia na pysk i cisnął nim w stronę wyjścia.
- Wypierdalaj, fiucie do szczania! - warknął celując mu w twarz kolejnym zaklęciem, gdyby chciał jednak stawiać opór. Ten jednak nie miał tyle hartu i wybiegł z gabinetu, zostawiając kolegę z rozbitą głową na podłodze Ataraxii. Spojrzał w końcu na Rosie, która rzecz jasna nie wyglądała na najszczęśliwszą. Nawet w optymistycznej wersji wydarzeń nie zakładał, że rzuci mu się na szyję z podziękowaniami, ale jej spojrzenie nie mówiło nic pochlebnego w jego stronę. I tak mimowolnie na jego twarzy wyrósł zadziorny uśmiech. - Niezły rzut Rosie. - zaśmiał się bezgłośnie. Poprawił swój frak, zaciągnął rękawiczki głębiej na dłoniach i ulizał włosy zaczesane do tyłu. - Nie celowałaś w niego, racja? - popatrzył na nią pochylając głowę w bok z udawanym uśmiechem dezaprobaty. Oparł się o kredens stojący obok niego w oczekiwaniu na jej reakcję, ale żałosny jęk dobiegł z podłogi. Bez dodatkowym zachęt, Lou podszedł do ogłuszonego. Zdjął mu z głowy przetarty kaszkiet i wcisnął mu go do zarośniętej mordy, tylko po to żeby ułożyć go kopnięciem na boku. Kiedy tak jego nogi leżały, jedna na drugiej, przytrzymując się ściany, by nie stracić równowagi, nastąpił całym impetem na rzepkę pokonanego, co by mieć pewność, że nie wstanie za moment i odpieprzy jakąś głupotę. Chrzęst kości poprzedził, wycie bólu które zagłuszyła czapka tego prymitywa. Zeskakując z jego cielska, splunął jeszcze na jego korpus by dopełnić wianuszka pogardy jaki mógł mu zaoferować.