Nie zwrócił uwagi na papiery, które wylądowały na podłodze. W ogóle tego faktu nie zarejestrował. Skupiony na Rodolphusie, na tym co właśnie rozgrywało się w gabinecie, nie zwracał uwagi na otoczenie. Nie był czujny, a przecież praktycznie nigdy nie zdarzało się, aby opuścił gardę. Robert znany był wręcz z paranoicznej ostrożności. Tylko czy przy młodym Lestrange'u nadal musiał być równie ostrożny, co wcześniej? Może to właśnie ta niedawna przysięga, sprawiła że pozwalał sobie na więcej.
Na to, żeby zabrnąć dalej.
Stracić tak zwyczajną dla siebie czujność.
Uniósł ku górze ręce, pozwalając żeby Rodolphus pozbył się białego podkoszulka. Podciągnął go za krawędź ku górze. Odsłonił ciało. Co stało się później z ubraniem? Nie zwrócił uwagi. Zaraz bowiem wrócił do młodego chłopaka. W odpowiedzi na jego działania, sam wykonał kolejny krok. Nie dotyczył on jednak rozpiętej koszuli. Ręce powędrowały w kierunku spodni. Chwilę błądziły w tych okolicach, sunąc w kierunku rozporka.
Zamierzał rozpiąć spodnie.
I właśnie za to się zabierał, kiedy na miejscu pojawiła się osoba trzecia. Niepożądana osoba trzecia, jeśli pod uwagę wziąć, to co działo się w gabinecie; to co właśnie zostało niespodziewanie przerwane. Przymknąwszy na moment oczy, pozwolił aby Rodolphus się odsunął. Pozwolił sobie zaczerpnąć powietrza.
Powoli wracała poczytalność. Powoli wracał rozsądek, który cholera wie kiedy postanowił wyrzucić za okno. Pojawiła się też świadomość tego, co przed chwilą się wydarzyło. Zupełnie inna świadomość niż wcześniej. Taka, dla której miało znaczenie to, iż zostali przyłapani. Bo o ile Rodolphus nie miał wstydu, Robert był pod tym względem inny.
I nie chodziło o samo to, że został przyłapany.
Chwilę trwało zanim był w stanie zareagować. Podjąć się jakichkolwiek działań. Cokolwiek zrobić. Wreszcie jednak rozejrzał się za koszulką, którą wypadało ponownie założyć. Podniósł ją z podłogi.
- Zabieraj stąd swoją dupę, Lestrange. - padło z jego strony. Nagle? Niespodziewanie? Nawet nie patrzył w stronę dzieciaka. Po prostu zajął się doprowadzaniem samego siebie do ładu. Odbudową tego, co zostało kilka oddechów temu zburzone. Typowych dla siebie murów. Wyznaczanych granic. - Nie zamierzam się powtarzać.
Te drugie słowa wypowiedziane zostały już innym tonem głosu. Bardziej stanowczym. Chłodnym. Był to zupełnie inny Robert od tego, którego miał możliwość poznać. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, aby odnosił się do niego w taki sposób? Aby w taki sposób go traktował? Zapewne ciężko byłoby to sobie przypomnieć.
Kogoś trzeba było obarczyć winą. Na kogoś skierować gniew. Gniew wywołany tym, że do czegoś takiego w ogóle doszło.