27.02.2024, 02:32 ✶
Jim nieuchronnie ożywiał w niej zew instynktów – nie czynił tego umyślnie, nie wiedział i równocześnie nie mógł dotychczas wiedzieć o zbrukanych tendencjach stłoczonych w naczyniu czaszki jak w bulgoczącym kotle. Z przyjemnością oglądała, jak ludzie w jej pobliżu przestawali odmawiać propozycjom kaprysów, jak poddawali się temu, co bezustannie od dawna mąciło spokój ich świadomości, co drażniło od środka przenikliwym, wyklętym poczuciem niespełnienia. Nie umiała stwierdzić, gdzie prowadziło ich aktualne spotkanie – i nie chciała nic przewidywać, nie wytyczając ścieżek, jedynie płynąc i beztrosko dryfując na tafli ich przypadkowego spotkania. Chciała sprawdzić, co zaczął skrywać pod fundamentem maski, rozdrapać ją jak suchego, nałożonego strupa, by odkryć wrażliwość tkanek.
Nie umiała go jeszcze rozgryźć – jeszcze nie i nie zamierzała się na ten moment spieszyć (czy aby na pewno?). Sylwetki innych jednostek minęły ich jak fantomy sunące lekko nad ziemią; nie miały dzisiaj stanowić żadnego kluczowego elementu, ani facet, który przed chwilą lizał jej szyję, ani barman, którego próbowała poderwać jeszcze przed godziną.
Dosyć wcześnie zrozumiała, że świat przesiąkał zepsuciem niejednokrotnie większym od jej własnej natury – świat był okrutnie szpetny, choć delektowała się obarczaniem winą różnorodnych odmieńców i innych szlamowatych osobników, uznając ich za przyczynę swojej wewnętrznej skazy. Nie wzywała każdej dłoni zaciskanej pospiesznie na krzywiźnie talii, nie prosiła o każdy oddech pełzający po karku z tym samym, obrzydliwym przeczuciem, że jest dla innych wyłącznie piękną fasadą ciała, krótką chwilą słabości, o której później spróbują zamaszyście zapomnieć. Lubili mówić, że sama była wszystkiemu winna, że jest pokusą, zapominając, że wydobywała na wierzch ich własne, skryte pragnienia trzymane skrzętnie za ogrodzeniem zaciskających się zębów. Ludzie kochali maski, jedynie pod ich złudzeniem pozwalali wychylać się zagrzebanym sekretom. Wszystko, co było prawdą, zostało zawsze schowane w piwnicach podświadomości ziejących wściekle stęchlizną.
– Cholera...
Chwycił ją ciasno w ramiona, palce wbijając w jej kościstą frakturę, sprawiając że faktycznie gubiła balans i nie musiała już wcale przekręcać obcasów, szorując nimi po bruku – wtedy też zagrzmiał on.
HAHAHAHAHAHAHAHA o kurwa!
Skroń zapulsowała złowrogo, a opętany chichot iluzorycznie wypełnił jej bębenki, błagające o chwilowy azyl. Otaczający ich harmider zbuntowanego chaosu plebsowej przepychanki nie mógłby tego zagłuszyć.
Ale bas techniawy* rezonującej z wnętrza klubu mógłby.
Ciszej! Do jasnej cholery!
Walczyła z pomiocią drwiną, ale tak jak niestety podejrzewała, ta interakcja Salazara musiała bardzo ubawić, bo rechot nie przestawał kotłować się w jej głowie. Ugięła kolana, osuwając się ku chodnikowi, w cichej nadziei, że Jim jej nie złapie i uda jej się wyswobodzić z łechtającego Salazara dotyku.
W cichej nadziei, że Jim jak najbardziej ją złapie.
– Zimno mi...– zdążyła wydukać przed zderzeniem z twardą taflą chodnika.
* oczywiście zdaję sobie sprawę, że takiej muzyki wtedy nie było, ale specyficzna konwencja literacka tej sesji mnie do tego zmusiła...
Nie umiała go jeszcze rozgryźć – jeszcze nie i nie zamierzała się na ten moment spieszyć (czy aby na pewno?). Sylwetki innych jednostek minęły ich jak fantomy sunące lekko nad ziemią; nie miały dzisiaj stanowić żadnego kluczowego elementu, ani facet, który przed chwilą lizał jej szyję, ani barman, którego próbowała poderwać jeszcze przed godziną.
Dosyć wcześnie zrozumiała, że świat przesiąkał zepsuciem niejednokrotnie większym od jej własnej natury – świat był okrutnie szpetny, choć delektowała się obarczaniem winą różnorodnych odmieńców i innych szlamowatych osobników, uznając ich za przyczynę swojej wewnętrznej skazy. Nie wzywała każdej dłoni zaciskanej pospiesznie na krzywiźnie talii, nie prosiła o każdy oddech pełzający po karku z tym samym, obrzydliwym przeczuciem, że jest dla innych wyłącznie piękną fasadą ciała, krótką chwilą słabości, o której później spróbują zamaszyście zapomnieć. Lubili mówić, że sama była wszystkiemu winna, że jest pokusą, zapominając, że wydobywała na wierzch ich własne, skryte pragnienia trzymane skrzętnie za ogrodzeniem zaciskających się zębów. Ludzie kochali maski, jedynie pod ich złudzeniem pozwalali wychylać się zagrzebanym sekretom. Wszystko, co było prawdą, zostało zawsze schowane w piwnicach podświadomości ziejących wściekle stęchlizną.
– Cholera...
Chwycił ją ciasno w ramiona, palce wbijając w jej kościstą frakturę, sprawiając że faktycznie gubiła balans i nie musiała już wcale przekręcać obcasów, szorując nimi po bruku – wtedy też zagrzmiał on.
HAHAHAHAHAHAHAHA o kurwa!
Skroń zapulsowała złowrogo, a opętany chichot iluzorycznie wypełnił jej bębenki, błagające o chwilowy azyl. Otaczający ich harmider zbuntowanego chaosu plebsowej przepychanki nie mógłby tego zagłuszyć.
Ale bas techniawy* rezonującej z wnętrza klubu mógłby.
Ciszej! Do jasnej cholery!
Walczyła z pomiocią drwiną, ale tak jak niestety podejrzewała, ta interakcja Salazara musiała bardzo ubawić, bo rechot nie przestawał kotłować się w jej głowie. Ugięła kolana, osuwając się ku chodnikowi, w cichej nadziei, że Jim jej nie złapie i uda jej się wyswobodzić z łechtającego Salazara dotyku.
W cichej nadziei, że Jim jak najbardziej ją złapie.
– Zimno mi...– zdążyła wydukać przed zderzeniem z twardą taflą chodnika.
* oczywiście zdaję sobie sprawę, że takiej muzyki wtedy nie było, ale specyficzna konwencja literacka tej sesji mnie do tego zmusiła...
Chwasty trzeba wyrywać.