Miał wiele cierpliwości. Na Merlina! Przy nich wszystkich (no dobrze - prawie wszystkich), Robert bywał czasami niczym autobus wypełniony po brzegi medytującymi tybetańskimi mnichami. I tylko on sam jeden wiedział, ile go to w rzeczywistości kosztowało. Bo przecież to nie tak, że nie kosztowało absolutnie nic. Potrafił jednak właściwie ustawić priorytety. Skupić się na celu, do którego zmierzał. Oni wszyscy zmierzali? Bo przecież nie przyzna się - nawet sam przed sobą - do tego, że w zasadzie to nawet to lubił. Te jego całe wyszczekanie. Tę nutkę bezczelności, którą Sauriel posiadał praktycznie od zawsze.
- Nie bądź tak bezczelny. - odpowiedział. Ciężko było jednak uznać, żeby faktycznie to pytanie mu przeszkadzało. Choć może jednak? - Mógłbym zadbać o inne rozwiązania. Słyszałem kiedyś, że ponoć lubicie paszteciki. - dodał jeszcze.
Nie. Robert z całą pewnością nie był nigdy tym szefem, który swoich ludzi łapał za kark, karając za każde jedno przewinienie. Tak po prawdzie, to potrafił być czasem naprawdę wyrozumiały. Wychodził po części z założenia, że z niewolnika nie ma pracownika. Co nie znaczyło jednak, że w momencie przekroczenia pewnych granic nie reagował. Robił to. Oczywiście, że tak. Po swojemu. Powiedzieć można, że po Robercikowemu.
Mignęło coś w jego spojrzeniu, kiedy na stole pojawiła się butelka francuskiego wina. Może i porządnego, ale wina. Francuskiego wina, co było połączeniem na ten moment raczej mało zachęcającym. Jego wyjazd stanowił wciąż świeżą sprawę. Konsekwencje tym bardziej.
I tylko świadomość tego, że pozwalanie sobie na to, aby całe te gówno się wylało, była skrajną głupotą, sprawiła że był w stanie trzymać fason. Bo przecież nie zapraszał Sauriela po to, żeby dać się wytrącić z równowagi; żeby to właśnie przy nim zrobił coś skrajnie głupiego.
Skierował się w stronę komody, na której nie sposób było znaleźć chyćby jednej lampki do wina. Pech. Pech wręcz przeogromny. Całe szczęście znajdywały się szklanki z grubym dnem. Idealne do alkoholu, który Robert preferował. Musiały wystarczyć im w tym momencie. Dwie z nich zgarnął, spojrzeniem zahaczając również o popielniczkę. Coś mu podpowiedziało, że postawienie jej na stole również nie zaszkodzi.
Poza tym zapach papierosów nigdy mu nie przeszkadzał.
- Doszły mnie ostatnio słuchy o pewnym niefortunnym zdarzeniu, w którym miałeś okazje uczestniczyć. O ile mnie pamięć nie myli, odbyło się to w towarzystwie Papilio oraz niejakiego Orsinusa. - nie owijał w bawełnę, przechodząc do tematu praktycznie z miejsca. Bo przecież taki właśnie był. Nie próbował nawet udawać, że chodziło mu o towarzyskie spotkanie. O chwilę rozmowy z dawno niewidzianym krewnym. - Chciałbym usłyszeć trochę więcej o tym, co miało wówczas miejsce.
Zajął miejsce na wolnym fotelu, przy pomocy przyniesionego otwieracza otworzył butelkę, rozlewając po odpowiedniej ilości wina do obydwu szklanek. Jeśli Sauriel miał na to ochotę, mógł pierw się napić, zapalić. Mógł też zacząć z miejsca wszystko opowiadać.
Albo też podania informacji odmówić. Bo przecież obecnie niczego mówić mu nie musiał. Tylko też - czy nie chciał?