28.02.2024, 01:11 ✶
- Jesteś na tyle nieostrożny że zawsze zostawiasz otwarte drzwi, że mam nie pukać? - odparował, bo przecież Nicholas nie dał mu klucza, a każdy normalny, myślący człowiek by zamykał za sobą drzwi. A Nicholas zaliczał się do tych myślących osób. Może nie do końca normalnych, bo przecież pracował w Departamencie Tajemnic - plotka głosiła (chociaż być może była to ogólna opinia wśród magicznej społeczności), że nikt kto tam pracował, nie był normalny. Westchnął, bo być może zabrzmiało to ostro, chociaż wcale nie użył ostrego tonu głosu. Przeszedł do salonu, położył kolację na stole. Sięgnął po różdżkę i machnął nią, by jedzenie rozpakowało się samo, przy użyciu zaklęcia, podczas gdy on będzie mógł ściągnąć z siebie marynarkę. Spojrzenie, które posłał Nicholasowi, było... Dziwne. Inne od tych, które dotychczas rzucał. Jakby bardzo chciał mu coś powiedzieć, ale nie mógł. Przede wszystkim zauważył świece, ale tylko uniósł brew, bo przecież nie miał zamiaru wypalić z "hej, ty naprawdę nie potrafisz wyczuć żartu". Po drugie: zadał dość ważne pytanie. Nad odpowiedzią nad nie musiał się zastanowić, bo przecież nie mógł mu powiedzieć za dużo. Nicholas był mocno związany z Robertem, ale nie na tyle, by on i Rodolphus wtajemniczyli go w swoje badania. Mimo wszystko Lestrange nie należał do osób, które pruły się jak stare prześcieradło. Zdawał sobie sprawę, że przekraczał granice i zdarzało mu się ufać w przeszłości nieodpowiednim osobom - i chociaż wiedział, że Travers był człowiekiem, któremu akurat w tej kwestii ufać było można... Tak bycie Niewymownym, nawet jeżeli nie dotyczyło to Ministerstwa, zobowiązywało. - Ciężko odpowiedzieć na to pytanie.
Odpowiedział w końcu, zerkając na marynarkę. Po jego twarzy przeszedł grymas, łączący zmęczenie z irytacją. Nie, spotkanie nie poszło dobrze. A przynajmniej nie poszło tak, jak przewidywał.
Lestrange nie powiedział nic więcej, po prostu zniknął w łazience. Tam mógł cisnąć marynarkę do brudnych ubrań, bo to była jedyna rzecz, na której mógł się w tej chwili wyżyć. Gruby materiał nie przepuścił alkoholu na koszulę, ale mimo wszystko miał ochotę się jej pozbyć. Czuł, jakby lepkie macki intrygi Mulcibera oplatały się wokół jego ciała, powodując że było brudne. Ale jedyne co zrobił, to umycie rąk. Wyszedł z łazienki, odruchowo przeczesując czarne włosy. Co za dzień, co za wieczór. W takiej chwili niektórzy sięgali po alkohol, a niektórzy po medytację. Może powinien zainteresować się drugą opcją? Bo z pierwszej nie zamierzał korzystać.
- Makaron z cukinii z warzywami, zadbałem by były świeże - poinformował, zanim nie usiadł. Wyglądał na rozkojarzonego i zmęczonego, ale przede wszystkim na zamyślonego. Jakby cokolwiek, co stało się na tym spotkaniu, mocno zaprzątało jego umysł. Gdyby nawet postarzał się z wyglądu o te kilka lat, wciąż wyglądałby cholernie młodo. A tak młode osoby nie powinny mieć tyle zmartwień naraz, prawda? Ktoś kiedyś zauważył, że młodzi mężczyźni powinni się zastanawiać nad tym, z którego okna której panny uciec, by ich ojciec nie przyłapał. Powinni łapać chwilę, korzystać z życia, a nie ślęczeć nad książkami, knuć i wchodzić w labirynt niedopowiedzeń i spisków, by łamać swoje postanowienia, blokując wszystko co emocjonalne. - Wiem, że cuchnie ode mnie jak od byle męty z Nocturnu, ale... Powiedzmy, że po drodze zdarzył się mały wypadek, za który przyjdzie mi zapłacić. Dosłownie.
Westchnął. Miał nos, żadne kadzidło nie byłoby w stanie zmyć zapachu czerwonego wina, całego pokaźnie nalanego kieliszka, z jego ciała. Denerwowało go to, bo chociaż w niektórych sytuacjach zapach alkoholu potrafił być przyjemny, tak teraz nie do końca mu to odpowiadało.
- Lubi wystawiać na próby - dodał jeszcze, kręcąc głową. Na jego twarzy nie malował się żaden konkretny wyraz. Ani uśmiech, ani pogarda, ani żal. Po prostu stwierdzał fakt, lecz to kręcenie głową było zastanawiające. Nicholas znał Roberta na tyle, że powinien wiedzieć, że ten lubi dopychać pewne rzeczy kolanem, chociaż nigdy nie robił tego bezczelnie i brutalnie. Czy Lestrange podoła tej presji? Niby wydawało się, że tak, bo przecież nie wpadł tu zły, nie zaczął narzekać. Ale ile może znieść jedna osoba? Nawet jeśli jest oddana i związana do końca życia z drugą osobą, o czym Travers przecież nie mógł wiedzieć. To, co widział jednak, było oczywiste: Rodolphus miał dużo mniejszą porcję na talerzu, niż on. Ale jadł to samo. - Ale przynajmniej zapłacił.
Wzruszenie ramion, niby niepozorne, ale czy to nie był cień uśmiechu, malujący się na jego ustach? Jakiś błysk w oku, sugerujący że mimo tej całej powagi, Rodolphus jednak potrafi być złośliwą mendą?
Odpowiedział w końcu, zerkając na marynarkę. Po jego twarzy przeszedł grymas, łączący zmęczenie z irytacją. Nie, spotkanie nie poszło dobrze. A przynajmniej nie poszło tak, jak przewidywał.
Lestrange nie powiedział nic więcej, po prostu zniknął w łazience. Tam mógł cisnąć marynarkę do brudnych ubrań, bo to była jedyna rzecz, na której mógł się w tej chwili wyżyć. Gruby materiał nie przepuścił alkoholu na koszulę, ale mimo wszystko miał ochotę się jej pozbyć. Czuł, jakby lepkie macki intrygi Mulcibera oplatały się wokół jego ciała, powodując że było brudne. Ale jedyne co zrobił, to umycie rąk. Wyszedł z łazienki, odruchowo przeczesując czarne włosy. Co za dzień, co za wieczór. W takiej chwili niektórzy sięgali po alkohol, a niektórzy po medytację. Może powinien zainteresować się drugą opcją? Bo z pierwszej nie zamierzał korzystać.
- Makaron z cukinii z warzywami, zadbałem by były świeże - poinformował, zanim nie usiadł. Wyglądał na rozkojarzonego i zmęczonego, ale przede wszystkim na zamyślonego. Jakby cokolwiek, co stało się na tym spotkaniu, mocno zaprzątało jego umysł. Gdyby nawet postarzał się z wyglądu o te kilka lat, wciąż wyglądałby cholernie młodo. A tak młode osoby nie powinny mieć tyle zmartwień naraz, prawda? Ktoś kiedyś zauważył, że młodzi mężczyźni powinni się zastanawiać nad tym, z którego okna której panny uciec, by ich ojciec nie przyłapał. Powinni łapać chwilę, korzystać z życia, a nie ślęczeć nad książkami, knuć i wchodzić w labirynt niedopowiedzeń i spisków, by łamać swoje postanowienia, blokując wszystko co emocjonalne. - Wiem, że cuchnie ode mnie jak od byle męty z Nocturnu, ale... Powiedzmy, że po drodze zdarzył się mały wypadek, za który przyjdzie mi zapłacić. Dosłownie.
Westchnął. Miał nos, żadne kadzidło nie byłoby w stanie zmyć zapachu czerwonego wina, całego pokaźnie nalanego kieliszka, z jego ciała. Denerwowało go to, bo chociaż w niektórych sytuacjach zapach alkoholu potrafił być przyjemny, tak teraz nie do końca mu to odpowiadało.
- Lubi wystawiać na próby - dodał jeszcze, kręcąc głową. Na jego twarzy nie malował się żaden konkretny wyraz. Ani uśmiech, ani pogarda, ani żal. Po prostu stwierdzał fakt, lecz to kręcenie głową było zastanawiające. Nicholas znał Roberta na tyle, że powinien wiedzieć, że ten lubi dopychać pewne rzeczy kolanem, chociaż nigdy nie robił tego bezczelnie i brutalnie. Czy Lestrange podoła tej presji? Niby wydawało się, że tak, bo przecież nie wpadł tu zły, nie zaczął narzekać. Ale ile może znieść jedna osoba? Nawet jeśli jest oddana i związana do końca życia z drugą osobą, o czym Travers przecież nie mógł wiedzieć. To, co widział jednak, było oczywiste: Rodolphus miał dużo mniejszą porcję na talerzu, niż on. Ale jadł to samo. - Ale przynajmniej zapłacił.
Wzruszenie ramion, niby niepozorne, ale czy to nie był cień uśmiechu, malujący się na jego ustach? Jakiś błysk w oku, sugerujący że mimo tej całej powagi, Rodolphus jednak potrafi być złośliwą mendą?