— Mylisz się, Brenno. Miłość jest wyborem. Nie bierze się z niczego, z powietrza. Kochać to aktywnie decydować, że wybiera się tę drugą osobę. Decydując się na wzrastanie u czyjegoś boku. Są oczywiście namiętności, obsesje, ale to, co idzie za zwykłym zauroczeniem, to właśnie ten wybór. Znam siebie samego i uważam, że nie jestem odpowiednią osobą, aby trwać w związku, dlatego w nie nie wchodzę. Miłość jednak jest dobra. Nie odmawiaj jej sobie, tylko dlatego, że myślisz, że to zauroczenie to za mało — tak pokrętnie myślał o miłości, zwłaszcza w swoim kontekście. Zaprzeczał sam sobie. To jedno uczucie całkowicie komplikowało się w jego głowie. Kochał zbyt mocno i intensywnie, więc odrzucał to daleko, przecież nie umiał kochać. Tylko pożądał. Przegniłe uczucia.
Morpheus Longbottom był wymagającą istotą. Nierozsądny, czasami okrutny w uczuciach, całkowicie samolubny. A jednak, gdy kochał, stawał się sługą.
Kolorem miłości i gniewu był czerwony. A on kochał Vakela jak Ikar kochał słońce. Kiedy jednak zadawał sobie pytanie, bolesne, co powiedziałyby ich ciała, gdyby zetknęły się na nowo, odpowiedź zdawała się boleśnie prosta i prawdziwa. Nic. Po tylu latach byli całkowicie obcymi ludźmi, którzy wybielali przeszłość i wybierali te wspomnienia, które zostały wybielone wątłością ludzkich wspomnień, z filtrem hipisowskich, różowych okularów w kształcie serduszek. Młodzieńcza radość stawała się patyną, skrywającą bolesną rzeczywistość, w której kryło się dużo cierpienia, również zadawanego samemu sobie. Mówili, że ocenia się osobę po tym, jak mówi o swoich przeszłych partnerach. Longbottom tylko o jednym mówił w sposób nacechowany nienawiścią, bo miłość i gniew mają ten sam kolor.
Zapalił świeczkę, której używał do lakowania co ważniejszej korespondencji, a gdy ogień zapłonął na dobre, stabilnie, z przegródek sekretarzyka wyciągnął niepozorny list. Przystawił go do ognia, a następnie podniósł na wysokość swojej twarzy. Ogień zdawał się być opozycją mężczyzny, nie pasował do niego, chyba że błyszczał w jego oczach, czyniąc z nich spektakl brązowo-miodowych przebłysków. W spojrzeniu nie było satysfakcji, którą zwykle wyrażał, która towarzyszyła mu w momencie rzutu ciastem przez okno. Teraz zaciętość przypominała kogoś, kto kończy rozdział żmudnej pracy i pojawia się w nim ulga, że to już ostatnie litery i ostatnie znaki w akapicie, nim odda je do korekty. Zdawał sobie sprawę, że to jeszcze wróci, ale już tylko do poprawy. Zmiana szyku zdań, pogodzenie się z emocjami.
W przeciwieństwie do Dolohova, zamierzał być cywilizowany.
— Nie szukaj nadawcy ciasta, nie chcę wiedzieć. Normalnie bym się nie przejął sytuacją, ale jeszcze do końca... zakładam, że wszyscy nie jesteśmy do końca w dobrym miejscu emocjonalnym, a jeśli to rzeczywiście on... To nie będzie lepszej kary, niż zignorowanie go.
List, w którym Vakel opisywał swój sen, pożerały płomienie, a czarodziej czekał, aż ogień zetknie się z opuszkami jego palców, by ugasić ostatni kawałek, narożnik, za który go trzymał, do wosku świeczki, by ten zaraz zajął się ponownie i dezintegrował wiadomość doszczętnie. Na pewno nie należał do egzaltowanego celebryty z manią wyższości. Nie należał do nikogo.
— Wybacz, kochanie, że cię tym obciążyłem — ucałował bratanicę w czoło. — Nie martw się mną, a gdy będę potrzebował pomocy, poproszę.