Gdyby takimi opisami jego osoby rzucała mu w twarz, pewnie teraz nie siedziałby napuszony jak wściekły kocur, tylko zmiękłby co nieco. Zwykle nie lubił kiedy ktoś próbował go klasyfikować, czy zaszufladkować w jakiekolwiek normy, bo sam siebie uważał za co najmniej nietuzinkowego faceta o rozbudowanej osobowości. Ale takie opisy swojego charakteru przyjąłby z udawaną skromnością, z narastającym uśmiechem. Oczywiście, że ciągle coś udawał dla osiągnięcia własnych celów, no ale umówmy się. Przed Cynthią to nie miał praktycznie żadnych sekretów, bo w przeciwieństwie do tego co serwował pozostałym, nawet tym najbliższym, to wiedziała o nim niemalże wszystko. W przeciwieństwie do niego, bo on o niej nie wiedział zbyt wiele tak naprawdę. Nigdy nie rozmawiali bardziej szczegółowo o tym co robiła po Hogwarcie, oprócz tego, że rozwijała się zawodowo pod względem swoich predyspozycji i wciąż utrzymywała kontakt ze swoimi znajomymi ze szkoły, całkiem podobnie jak on. Właściwie trudno się dziwić, skoro ich ścieżki poszły jeszcze bardziej w różne strony, niż w szkole.
Co nie zmienia faktu, że była nawet bardziej skryta, może dlatego, że nie było na to zbyt wiele czasu, bo to on zabierał większość czasu antenowego swoimi perypetiami życiowymi. Może dlatego, że też cholera nigdy nie pytał, tylko wpieprzał się swoimi ciężkimi buciorami w jej czas, nawet nie prosząc o pomoc w swoich brudnych sprawach. No może tylko ten fakt z nakromantycznym laboratorium, tu faktycznie się przed nim odsłoniła, co było cholernie pociągające. Wiedział, że Cynthia to dziewczyna bardziej z tych ambitnych prymusek, ale nie sądził, że byłaby zdolna sięgać po wiedze zakazaną.
Głównie milczał, bo złość sprawiała, że przez jego gardło mogłyby się przedostać tylko same przykre słowa wzmocnione bluzgami. Raz okazał zazdrość, w tedy kiedy zabrał ją do mugolskiego klubu, kiedy bezpardonowo postanowiła sobie odejść od niego i szukać wrażeń na własną rękę. Nie był gościem, który pozwalał sobie na wybuchy zazdrości. Wtedy wychodziłoby na to, że mu na czymś bardzo zależy. A on przecież za wszelką cenę starał się uchodzić za gościa, któremu na niczym nie zależy, że wszystko po nim ścieka. Zazdrość oznaczałaby, że jest zaangażowany, a to też coś co mógłby uznać nawet przed samym sobą za słabość. Przecież wszystko czego chciał, zawsze dostawał, a nawet jeśli to sobie po to sięgał. Przez większość życia unikał bycia zaangażowanym, bo nie chciał być od nikogo zależy, nie chciał żeby jego nastrój i humor zależał od kogoś innego, niż on sam. Wtedy faktycznie miał ochotę zatrząść światem, bo Cynthia była skupiona na innych, a nie na nim. Jak na egocentryka przystało, nie zamierzał tolerować takiej niesubordynacji. Chciał wtedy jej uwagi, a jeśli jej nie dostawał, frustrował się jak mały chłopiec. Po czasie zdał sobie sprawę, że pozwolił tamtej nocy na zbyt wiele i najwidoczniej opuścił gardę przed emocjami. Jednak to było dość dawno i przy okazji byli też pod wpływem, mimo wszystko zrobił to z jakiegoś konkretnego powodu. A teraz nie mógł na nią nawet spojrzeć, z całych sił próbując przełknąć i zdusić sobie te mieszankę, frustracji, złości i gniewu. Nie było nawet mowy o tym, że miałby być drugi.
A to co od niej usłyszał było cholernie urocze. Ucisk w gardle odpuścił, nerwy opadły i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego wzrok przez ostatnie kilka chwil był w trybie widzenia tunelowego. Wciąż jednak pozostawał żal, którego chyba żadne słowa nie mogły teraz ugasić.
- Gdybyś zaczęła te rozmowę od tego... może inaczej by to wszystko wyglądało. - odrzucił wciąż nie mogąc spojrzeć jej nawet przez sekundę w twarz. Kiedy tylko się zbliżała odsuwał wzrok, lub zamykał oczy. Oczywiście, że chciał to usłyszeć, oj i to bardzo. Jednak pewne aksjomaty nie pozwalały mu w żadnym wypadku pójść z tym dalej, po prostu nie i chuj. Nawet jeśli nigdy tego nie powiedział, nawet jeśli ona tego nie powiedziała to w jego przekonaniu należała do niego, do jego strefy wypływów. To że był zaręczony, za niedługo miał się żenić, od dawna znaczyło tyle co nic, ale zachowywał pozory, by nie urazić czyjejś godności i nie wyjść na dekadenta.
- Najpierw mówisz mi, że jest ktoś jeszcze, a teraz chcesz ode mnie jakiś deklaracji pewności? No nie wierzę... - parsknął poirytowanym śmiechem, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Dobrze wiesz, że moje zaręczyny to zwykła fasada i to nie od wczoraj, ale po Tobie się tego nie spodziewałem. Nie sądziłem nawet, że można być jeszcze większym gamoniem emocjonalnym, niż ja. - dorzucił tym razem jeszcze bardziej zrezygnowany. Jakieś ogniwo w jego procesach właśnie zostało naruszone. To było już nieco za dużo na jego nastoletnią inteligencję emocjonalną. Odstawił drink, odstawił wszystko co trzymał w rękach i odstawił to spotkanie na bok. - To Ty się zastanów czego chcesz Cynthia. Nie jestem prosty wiem, ale to nie oznacza, że możesz mnie wodzić za nos i sprawiać, że czuję się przy Tobie bezpieczny... Wstał z kanapy i zrobił kilka głębszych wdechów. Z emocji zaczął nawet słyszeć w uszach jakiś dziwny pisk najwyraźniej z nadmiaru ciśnienia. - I lepiej żebym się nigdy nie dowiedział kim on jest, bo zatłukę jak psa! - warknął na odchodne. Gwałtownym ruchem obrócił się w kierunku schodów i poszedł na górę, nie zamierzając dalej tkwić w tej atmosferze. A wychodząc z jego domu Cynthia mogła jeszcze słyszeć jak wkurwiony dzieciak, który zrobił sobie nadzieję, piętro wyżej rozładowuje swój gniew na wszystkim co tylko wpadło mu w ręce.