Katowanie zawsze było opcjonalne, chodziło o proces nie o cel. I chociaż miejsca się zmieniały, to wszystkie krzywdy były w spektrum, dokładnie tam gdzie się to zaczęło. Nigdy nie uderzył jej w twarz, nawet jeśli ona pierwsza odwinęła mu się za przekraczanie jej granic. Bo jak przystało na przemocowego dupka, który pławił się z dumną tym jak odbiera jej godność, miał jakąś zasadę której trzymał się kurczowo. Jakby to co potrafił jej zrobić nie było tak naprawdę skurwysyństwem w swojej istocie, a ta jedna zasada sprawiała to tylko taka zabawa, niewinne igraszki. Bo dzięki temu, że swój wewnętrzny ściek wylewał prosto na jej głowę, mógł być lepszy dla innych, dla tych na których mu prawdziwie zależało. Cynthia nie musiała nigdy widzieć go kiedy rzucał bluzgami, jak pastwił się nad słabszym, nad tym który nawet się nie broni. Severine mogła spokojnie myśleć, że jest prawdziwym przyjacielem na którego można liczyć, bo nigdy nie widziała jak manipulował, jak kłamał, jak odpychał i przyciągał, tylko po to żeby nacieszyć się widokiem twarzy z rozmytym od łez makijażu.
Racja, nie przyszedł tutaj jako człowiek uczciwy, z czystymi intencjami. Zawsze przecież chodziło o załatwienie sobie czegoś przy okazji, lub chociaż o chwilową przyjemność. Tylko tego się bał, że zbyt bardzo przyzwyczaił ją do tego, że nie można jej ufać. Bo on też jej nie ufał, nie ufa się nigdy swoim ofiarom, niezależnie nawet od tego jak głęboko pogrążona była w syndromie sztokholmskim. Ale co w przypadku kiedy tylko ta jedna trzpiotka była realną opcją na wyjście z tego pożal się Matko mezaliansu?
- Nie teraz i nie jutro... to wymaga sporo czasu, dobrze to wiem. - sprostował. Domyślał się, że nie będzie to prosta rozmowa. Nie musiała odpowiadać w prost na jego pierwsze pytanie odnośnie uczuć co do Mulcibera, sama jej reakcja na to mówiła już wystarczająco. - Więc wolisz do końca życia dopierdalać mi, bo typ wybrał moją siostrę zamiast Ciebie?- odburknął, niezadowolony z jej sceptycyzmu. Być może to tylko reakcja obronna, albo alergiczna jego słowa, bo zasadniczo nie rozmawiali inaczej, niż drwiny i docinki, wciąż jednak chciał przemówić jej do rozumu, albo chociaż wbudzić iskrę tego co za każdym razem próbował w niej zgasić. - A może Tobie po prostu pasuje bycie wiecznym popychlem? - dorzucił, marszcząc brwi. Nabrał trochę wigoru i przybrał na ekspresji w swoim tonie i ruchach ciała. Skrzyżowane ręce, teraz opuścił po ciele, ale te same zacisnęły się w pięść. Poderwał się z mebla o który się wcześniej opierał, żeby znowu podejść niebezpiecznie blisko jej postaci. Bez żadnego pardonu, chwycił ją w talii w bolesnym uścisku wbijając kciuk nieco powyżej biodra. - Co los dał, to los zabierze... - dobrze jej znany szyderczy uśmiech znowu mimowolnie wymalował twarz. Szarpnięciem przyciągnął ją do siebie, tak by ich sylwetki przylgnęły do siebie, za nic mając jej zdanie, opory i to, że za tą blond powłoką, kryło się zwykłe, ludzkie cierpienie. Drugą ręką złapał za jej twarz, ściskając za jej policzki, jakby tylko bawił się zwykłą lalką. Pociągnął ją raz, by mieć lepszy wgląd na to co próbowała ukryć pod warstwą pudru.
- Kto Ci to zrobił, co?! - warknął jej niemalże w twarz. Ewidentnie próbował ją sprowokować do działania, tyle że na ostatniej prostej nie powstrzymał emocji oraz jęzora i sam się nieco zdradził. A tak dobrze szło mu udawanie, że wcale nie widzi tych przykrych śladów i wcale go to nie ruszało. Sporo pytań padło z jego strony, ale nie koniecznie chodziło, żeby dostać od niej odpowiedź. Chyba sam siebie próbował nabrać, że potrafi od niej uzyskać to co chciał innymi metodami, niż te które wypracował wcześniej. Chciał przede wszystkim uzyskać od niej konkretne zachowanie.