29.02.2024, 01:14 ✶
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Spojrzał z zaskoczeniem na Nicholasa, bo nie wiedział jaką inną reakcję mógłby mu zaprezentować. Pokręcił głową, bo przecież nie skomentuje tego w żaden inny sposób. To była sprawa między nim, a rodziną. I chociaż uważał, że nie powinno się zaglądać innym do talerza, to przemilczał tę sprawę, tak po prostu.
Czy myślał o tym mieszkaniu w takich samych kategoriach, co Nicholas? Być może, chociaż na ten moment raczej rozważał to jako jedną z opcji. Mógł wrócić do rodowej posiadłości, ale to wiązałoby się z konfrontacją z rodziną, na którą jeszcze nie był gotowy. Mógł wrócić właśnie tam, wcisnąć kit że Rabastan chrapie, a w jego mieszkaniu jest remont. Tylko kto by uwierzył? U jego rodziców było tak wiele pokojów, że to kłamstwo w ogóle nie trzymało się kupy. A nie miał absolutnie ochoty na przesłuchania, przynajmniej nie w tym temacie. Mieszkanie z Nicholasem jawiło mu się raczej jako tymczasowa sytuacja, dopóki sobie wszystkiego nie poukłada w głowie. Nie był przyzwyczajony do życia na tak małej powierzchni z drugim człowiekiem. Przecież Bella mieszkała u swoich rodziców, a on wyprowadził się od swoich praktycznie od razu, gdy zaczął pracę w Ministerstwie. Był przyzwyczajony do samotności i nawet ją lubił, bo pozwalała zmierzyć się z samym sobą. Z własnymi lękami, którym można było stawić czoło. Przegrać, podnieść się, wyprowadzić cios i wyjść z tego starcia obronną ręką. Nikt nie powinien oglądać drugiej osoby w takim stanie, chociaż zrozumiał to dopiero teraz. Otworzył się za bardzo przed kimś i teraz cierpiał. Chociaż... Czy można to było nazwać cierpieniem?
Zepchnął to uczucie głęboko, coś w nim pękło, szaleństwo które skrywał głęboko powoli wydostawało się przez rosnącą szparę. Jak czerwono-czarna mgła, która powoli znajduje wyjście i oplata jego duszę, kawałek po kawałku przejmując nad nim kontrolę.
- Najwyraźniej lubi wprowadzać w dyskomfort i testować współpracowników - mruknął w odpowiedzi, po dłuższej chwili. Nigdy nie mówił z pełnymi ustami. Odgłosy, które temu towarzyszyły, były dla niego czymś absolutnie nie do zniesienia. Nigdy więc tego nie robił. - Pracuję z nim od ponad dwóch lat, Nicholasie. Wiem, na co się pisałem i wiem, w co wdepnąłem. Świadomie. Problem w tym...
Przerwał, by sięgnąć po serwetkę. Otarł usta i sięgnął po napar ziołowy. Wzrok miał utkwiony gdzieś w przestrzeni. Zamyślony, nieobecny, ale jednocześnie ostry jak brzytwa. Przez jego głowę przechodziło teraz tysiące myśli, masa różnych scenariuszy. Jak bardzo powinien mu powiedzieć i zaufać? A może lepiej zbyć ten temat milczeniem? Upił łyk herbaty ziołowej. Smakowała dziwnie, nigdy czegoś podobnego nie miał w ustach. Nie był to nieprzyjemny smak, ale też nie powiedziałby, że jest to idealnie jego gust.
- Że ja też lubię przekraczać granice - kącik ust drgnął w niekontrolowanym uśmiechu, a w oczach pojawiła się iskra. Iskra, której zwykle nie było. Młodzieńcza, buńczuczna i bezczelna. Bo w końcu Lestrange był młody. Stracił całą tę swoją młodość, by wspiąć się po stromych stopniach kariery, ale teraz osiągnął taki punkt, w którym był zadowolony. Co prawda to nie był ostatni stopień, punkt docelowy, ale mógł zwolnić. Odzyskać te stracone lata. Przeniósł wzrok na Nicholasa. Jego stalowe oczy błyszczały, jakby w głowie Rodolphusa tlił się maleńki żar planu, węgielek, który dopiero się rozpalał. - Ale, jak to mówią, żmija żmii nie ukąsi. Robertowi nic nie grozi.
To nie do końca była prawda, bo nie groziło mu nic ze strony samego Rodolphusa. Chociaż granice zamierzał przekraczać, bo według niego moment, w którym byli na nierównym poziomie, dawno minął. Minął w chwili, gdy złożyli obopólną przysięgę wieczystą. Ale tego Nicholasowi powiedzieć nie mógł. Mógł jednak go zapewnić, że nie w głowie mu stwarzanie zagrożenia. Być może jednak dał mu wskazówkę, że jeżeli Mulciber uszczypnie Rodolphusa, ten mu się odgryzie. Jak to się skończy? To mógł pokazać tylko czas. Jeżeli Robert straci cierpliwość, Travers i tak będzie pierwszą osobą, która to zauważy.
- Zmieniłeś wystrój mieszkania - zauważył, odkładając kubek na swoje miejsce. Przesunął go lekko, by stal w dokładnie takiej samej pozycji, jak przed chwilą. Zauważył te świece. Znając życie to pewnie gówno ze sklepu Mulciberów. Handlowali takim szitem. Kadzidła, świeczki, mydło i powidło. Nie rozumiał tego, ale przykrywka dobra jak każda inna. Był tylko ciekaw, czy były to zwykłe świece, czy Nicholas pokusił się o większy wydatek i te miały mieć jakiś efekt. Wątpił, ale wrodzona podejrzliwość kazała mu przygotować się na różne ewentualności. Bo Nicholas zaczął okazywać mu zaufanie, a Lestrange nie był do tego kompletnie przyzwyczajony. Nie wiedział, jak to interpretować, jak się zachować. Odpowiedzieć tym samym nie mógł, przynajmniej nie w tej chwili. Łączyło ich cholernie dużo, więcej niż na pierwszy rzut oka sami mogliby wymienić, ale o ponad połowie nie mogli sobie powiedzieć.
Czy myślał o tym mieszkaniu w takich samych kategoriach, co Nicholas? Być może, chociaż na ten moment raczej rozważał to jako jedną z opcji. Mógł wrócić do rodowej posiadłości, ale to wiązałoby się z konfrontacją z rodziną, na którą jeszcze nie był gotowy. Mógł wrócić właśnie tam, wcisnąć kit że Rabastan chrapie, a w jego mieszkaniu jest remont. Tylko kto by uwierzył? U jego rodziców było tak wiele pokojów, że to kłamstwo w ogóle nie trzymało się kupy. A nie miał absolutnie ochoty na przesłuchania, przynajmniej nie w tym temacie. Mieszkanie z Nicholasem jawiło mu się raczej jako tymczasowa sytuacja, dopóki sobie wszystkiego nie poukłada w głowie. Nie był przyzwyczajony do życia na tak małej powierzchni z drugim człowiekiem. Przecież Bella mieszkała u swoich rodziców, a on wyprowadził się od swoich praktycznie od razu, gdy zaczął pracę w Ministerstwie. Był przyzwyczajony do samotności i nawet ją lubił, bo pozwalała zmierzyć się z samym sobą. Z własnymi lękami, którym można było stawić czoło. Przegrać, podnieść się, wyprowadzić cios i wyjść z tego starcia obronną ręką. Nikt nie powinien oglądać drugiej osoby w takim stanie, chociaż zrozumiał to dopiero teraz. Otworzył się za bardzo przed kimś i teraz cierpiał. Chociaż... Czy można to było nazwać cierpieniem?
Zepchnął to uczucie głęboko, coś w nim pękło, szaleństwo które skrywał głęboko powoli wydostawało się przez rosnącą szparę. Jak czerwono-czarna mgła, która powoli znajduje wyjście i oplata jego duszę, kawałek po kawałku przejmując nad nim kontrolę.
- Najwyraźniej lubi wprowadzać w dyskomfort i testować współpracowników - mruknął w odpowiedzi, po dłuższej chwili. Nigdy nie mówił z pełnymi ustami. Odgłosy, które temu towarzyszyły, były dla niego czymś absolutnie nie do zniesienia. Nigdy więc tego nie robił. - Pracuję z nim od ponad dwóch lat, Nicholasie. Wiem, na co się pisałem i wiem, w co wdepnąłem. Świadomie. Problem w tym...
Przerwał, by sięgnąć po serwetkę. Otarł usta i sięgnął po napar ziołowy. Wzrok miał utkwiony gdzieś w przestrzeni. Zamyślony, nieobecny, ale jednocześnie ostry jak brzytwa. Przez jego głowę przechodziło teraz tysiące myśli, masa różnych scenariuszy. Jak bardzo powinien mu powiedzieć i zaufać? A może lepiej zbyć ten temat milczeniem? Upił łyk herbaty ziołowej. Smakowała dziwnie, nigdy czegoś podobnego nie miał w ustach. Nie był to nieprzyjemny smak, ale też nie powiedziałby, że jest to idealnie jego gust.
- Że ja też lubię przekraczać granice - kącik ust drgnął w niekontrolowanym uśmiechu, a w oczach pojawiła się iskra. Iskra, której zwykle nie było. Młodzieńcza, buńczuczna i bezczelna. Bo w końcu Lestrange był młody. Stracił całą tę swoją młodość, by wspiąć się po stromych stopniach kariery, ale teraz osiągnął taki punkt, w którym był zadowolony. Co prawda to nie był ostatni stopień, punkt docelowy, ale mógł zwolnić. Odzyskać te stracone lata. Przeniósł wzrok na Nicholasa. Jego stalowe oczy błyszczały, jakby w głowie Rodolphusa tlił się maleńki żar planu, węgielek, który dopiero się rozpalał. - Ale, jak to mówią, żmija żmii nie ukąsi. Robertowi nic nie grozi.
To nie do końca była prawda, bo nie groziło mu nic ze strony samego Rodolphusa. Chociaż granice zamierzał przekraczać, bo według niego moment, w którym byli na nierównym poziomie, dawno minął. Minął w chwili, gdy złożyli obopólną przysięgę wieczystą. Ale tego Nicholasowi powiedzieć nie mógł. Mógł jednak go zapewnić, że nie w głowie mu stwarzanie zagrożenia. Być może jednak dał mu wskazówkę, że jeżeli Mulciber uszczypnie Rodolphusa, ten mu się odgryzie. Jak to się skończy? To mógł pokazać tylko czas. Jeżeli Robert straci cierpliwość, Travers i tak będzie pierwszą osobą, która to zauważy.
- Zmieniłeś wystrój mieszkania - zauważył, odkładając kubek na swoje miejsce. Przesunął go lekko, by stal w dokładnie takiej samej pozycji, jak przed chwilą. Zauważył te świece. Znając życie to pewnie gówno ze sklepu Mulciberów. Handlowali takim szitem. Kadzidła, świeczki, mydło i powidło. Nie rozumiał tego, ale przykrywka dobra jak każda inna. Był tylko ciekaw, czy były to zwykłe świece, czy Nicholas pokusił się o większy wydatek i te miały mieć jakiś efekt. Wątpił, ale wrodzona podejrzliwość kazała mu przygotować się na różne ewentualności. Bo Nicholas zaczął okazywać mu zaufanie, a Lestrange nie był do tego kompletnie przyzwyczajony. Nie wiedział, jak to interpretować, jak się zachować. Odpowiedzieć tym samym nie mógł, przynajmniej nie w tej chwili. Łączyło ich cholernie dużo, więcej niż na pierwszy rzut oka sami mogliby wymienić, ale o ponad połowie nie mogli sobie powiedzieć.