Ogień lecący z ust to była doprawdy tak mała niedogodność, że aż żadna. Gdyby nie mógł rozmawiać – to po prostu by tańczyli, jej to nie przeszkadzało. Na szczęście jednak bardzo szybko przeszło, dlatego tym bardziej się zastanawiała czy to nie była reakcja na to, że Atreus duszkiem wypił cały ten dziwaczny drink, do którego dodawano nie wiadomo co. Na takiej imprezie jednak dość powszechne było łapczywe picie, bo ludzie się spieszyli do tańca i zabawy – i nie mogła nikogo winić. Sama jednak nie planowała już nic więcej pić, wystarczało jej, że wylazła na scenę i że miała wrażenie, że świat stał się znacznie ostrzejszy. Widziała zresztą w tym półmroku mimikę Atreusa, jego uśmieszki, całkiem zresztą miłe, bo nie widziała w nim żadnej niechęci czy kpiny. Czuła jego dotyk i zapach perfum, jakimi się oblał. To był naprawdę miły wieczór. Nie miała nic przeciwko temu, że obejmował ja w talii, chociaż z jakiegoś powodu czuła to bardziej niż zwykle. To pewnie też była wina alkoholu.
– Jak zawsze, kiedy kieruje się człowiekiem, niczym bezwolną lalką – odparła po prostu, w dużej mierze wymijająco, i uśmiechnęła się lekko. Nie była zadowolona, kiedy rodzice zmusili ją do zaręczyn z Rookwoodem, ale nie była też szczęśliwa z tego powodu, że je zakończyli. To było nagłe i niespodziewane. Ale z jednej strony dobrze się stało, w pewnym sensie – bo to był ten ostatni bodziec, który potrzebowała, by wyrwać się spod szponów rodziny, tych toksycznych, w których oni mówili, by skakała, a ona pytała jak wysoko. Ona i Sauriel to był trudny temat, zwłaszcza dla nich samych, teoretycznie nic ich już nie łączyło ani nie wiązało, a w praktyce… w praktyce mieli niemalże czystą kartę, z którą mogli zrobić co tylko chcieli. - Nie przyszłam tu nikogo łowić, po prostu Brenna mnie zaprosiła – to akurat była prawda i mało brakowało, a wcale by nie przyszła. Nie była tu na żadnych łowach, a dla zabawy, chcąc zrobić Longbottomównie przyjemność – przyjaźniły się w końcu odkąd Victoria nauczyła się biegać, a na chleb przestała mówić bep. – Z Laurentem pewnie zobaczysz mnie jeszcze nie raz – dodała i uśmiechnęła się lekko. Bo co, bo nie mogła się pokazać w towarzystwie jakiegoś mężczyzny? Co prawda powód, dla którego się spotykali, daleki był od wizji mariażu i romansowania (a przynajmniej już był daleki i to za jej sprawą) i naprawdę chodziło tylko o przyjaźń, chociaż Laurent był dla niej w pewnym sensie jak rodzina, ale dotychczas raczej się ze swoją znajomością nie obnosili, to i nie dziwne, że byli jakąś małą sensacją. Ale nie było się czym ekscytować, tu naprawdę nie było drugiego dna. – Hahaha, wybierasz nie wierzyć? – rozbawiło ją to być może bardziej, niż powinno i nawet się roześmiała w głos, nie było w niej jednak złości. Bo o co?
– Mam wrażenie, że na trzeźwo to by się nie udało – skwitowała to krótko, przypominając sobie jakie androny plótł Stanley o miednicy i innych debilizmach, jakieś szczęście, że nie czytała w myślach i nie wiedziała, co miał w tej swojej głowie o bakaliach i baliach. Zgrabnie zrobiła piruet nim jej zimna dłoń na powrót opadła na ramię Bulstrode’a. Naprawdę lubiła tańczyć i robiła to z lekkością, było widać, że to nie jest nic, co robiłaby wymuszenie czy z przykrego obowiązku. – Ale całkiem dobrze się bawiłam. Żałuj, że nie widziałeś co oni we dwóch wyprawiali po nocy, jak przesadzaliśmy ogórki do ogródka – westchnęła teatralnie z udawanym zmęczeniem, bo bawiła się wtedy naprawdę dobrze. – Rozumiem – powiedziała ciszej. Doceniła, że Atreus poniekąd sparafrazował jej słowa, mówiąc prawie to samo, a jednak coś zupełnie innego. – W takim razie bardzo mi przykro, że nie wyszło i mam nadzieję, że kolejne wybory okażą się trafniejsze – cały związek był hazardem… Ale miłość to nie było coś, co można było kupić – poniekąd rozumiała, co do niej mówił. I rzeczywiście w jakiś sposób było jej przykro. Natomiast to oznaczało, że jeszcze wszystko przed Atreusem. – Czy skoro przyszedłeś sam, oznacza to, że jesteś tu by złowić sobie kandydatkę na narzeczoną? – bo tez nie widziała, by przyszedł z kimś. Wtedy pewnie nie tańczyłby najpierw z Brenną, a teraz z nią. I tak, zabawne było to, że odpowiadali sobie tymi samymi słowami, a przynajmniej dla niej było to zabawne. Taka gierka, choć całkowicie nieszkodliwa. Puściła do niego oko.