01.03.2024, 01:06 ✶
Rodolphus przekrzywił lekko głowę na ostrzeżenie. Wiedział, że Travers znał się z Robertem dużo dłużej i zapewne był to jakiś wyraz troski o niego, ich relacje, ale nie potrzebował ostrzeżeń. Podjął decyzję, bo przecież to Mulciber pierwszy zaczął. I chociaż Lestrange miał w zwyczaju nastawiać drugi policzek, gdy na pierwszy padł mocny cios, tak czasem... Coś mu się przestawiało w głowie. Ostatnio przestawiło mu się wiele lat temu, ale błyskawicznie wrócił do normy. Być może dlatego, że czuł woń krwi, widział panikę w oczach umierających, trzymał głowę mężczyzny w taki sposób, by patrzył jak giną jego dzieci i żona. Wtedy znalazł ujście dla swoich emocji, miał również przy sobie kogoś, z kim mógł dzielić tę chwilę, a potem wspólnie wrócić na kolację. Teraz kogoś takiego obok niego nie było, a oni wszyscy musieli cholernie uważać, by nie zostać złapanymi.
Czymś, nad czym musiał się zastanowić, było przekraczanie granic z Nicholasem. Czy przekraczał granice? Na chwilę zamilkł, analizując to, co usłyszał. Być może. W sumie to na pewno. Nie uważał jednak, by była to granica, która była sztywno wytyczona, której przekroczenie niosłoby jakieś poważniejsze konsekwencje. Nie drażnił Traversa z kilku powodów: jednym z nich był oczywiście fakt, że Nick mu pomagał. Drugim z kolei fakt, że Nicholas nie wystawiał Rodolphusa na żadne próby, tak jak robił to Robert. Jaki miałby cel w tym, by teraz zacząć go kąsać? Denerwować, wprawiać w dyskomfort? Żaden. A on zawsze musiał mieć jakiś cel, a konsekwencje musiały być go warte. Tutaj tego nie było, konsekwencje mogły mieć opłakane skutki.
- Nie mam zamiaru się z tobą bawić, Nicholasie. Nie zrobiłeś nic, co skłoniłoby mnie do tego, żeby celowo cię drażnić - odpowiedział w końcu, po dłuższej chwili milczenia. Chociaż pojawiło się tu słowo klucz. Celowo.
Gdy Nicholas wspomniał o wysadzeniu mieszkania, Lestrange uniósł brew. Spojrzał z ciekawością na odpaloną świecę, jakby chciał wyczytać z niej, czy faktycznie mogła być tak niebezpieczna, jak mówił jego kolega.
- To eufemizm, czy naprawdę mogą mieć taki efekt? - złapał jego uwagę. To by było przydatne, a skoro Travers nie potrafił żartować... Rodolphus sięgnął po kubek. Napar wystygł na tyle, że mógł go pić bez obawy o poparzenie, chociaż przecież wiedział, że ziół nie należało parzyć we wrzątku. Wtedy traciły swoje cenne właściwości i równie dobrze można było pić herbatę z torebki - efekt byłby ten sam. - Hm?
Przeniósł wzrok na Nicholasa, gdy ten zadał jego pytanie. To było dobre i celne pytanie, na które w zasadzie Rodolphus nie umiał odpowiedzi udzielić. Zdążył porozmawiać z Robertem tylko przez chwilę, lawirując między kłamstwami a półprawdami, przeskakując przez niewygodne kłody, które Mulciber rzucał mu pod nogi.
- Nie, chyba nie. W każdym razie nie mówiłem mu, tak jak nie mówiłem nikomu innemu - powiedział w końcu, wzruszając lekko ramionami. Sięgnął znowu po widelec, ale nie jadł dużo. Miał mniejszą porcję, ale i tak część zostawił. Był po posiłku - zwykle jadł po to, by zaspokoić głód i zasilić ciało. Dzisiaj jadł do towarzystwa, ale nie miał zamiaru rezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Przeciążanie żołądka nigdy nie kończyło się dobrze. Otarł więc usta i lekko odsunął od siebie talerz, a potem wbił wzrok gdzieś w przestrzeń. Nie czuł, by zioła na niego działały. Być może potrzebowały więcej czasu, bo jego myśli wciąż pędziły jak oszalałe. Ale faktycznie miał wrażenie, że przynajmniej nie chce komuś urwać głowy. Chociaż byłaby to miła odmiana od podcinania gardeł. Ale... Ekscytacja na myśl o tym odrobinę opadła. Być może jednak zaczynały działać.
Czymś, nad czym musiał się zastanowić, było przekraczanie granic z Nicholasem. Czy przekraczał granice? Na chwilę zamilkł, analizując to, co usłyszał. Być może. W sumie to na pewno. Nie uważał jednak, by była to granica, która była sztywno wytyczona, której przekroczenie niosłoby jakieś poważniejsze konsekwencje. Nie drażnił Traversa z kilku powodów: jednym z nich był oczywiście fakt, że Nick mu pomagał. Drugim z kolei fakt, że Nicholas nie wystawiał Rodolphusa na żadne próby, tak jak robił to Robert. Jaki miałby cel w tym, by teraz zacząć go kąsać? Denerwować, wprawiać w dyskomfort? Żaden. A on zawsze musiał mieć jakiś cel, a konsekwencje musiały być go warte. Tutaj tego nie było, konsekwencje mogły mieć opłakane skutki.
- Nie mam zamiaru się z tobą bawić, Nicholasie. Nie zrobiłeś nic, co skłoniłoby mnie do tego, żeby celowo cię drażnić - odpowiedział w końcu, po dłuższej chwili milczenia. Chociaż pojawiło się tu słowo klucz. Celowo.
Gdy Nicholas wspomniał o wysadzeniu mieszkania, Lestrange uniósł brew. Spojrzał z ciekawością na odpaloną świecę, jakby chciał wyczytać z niej, czy faktycznie mogła być tak niebezpieczna, jak mówił jego kolega.
- To eufemizm, czy naprawdę mogą mieć taki efekt? - złapał jego uwagę. To by było przydatne, a skoro Travers nie potrafił żartować... Rodolphus sięgnął po kubek. Napar wystygł na tyle, że mógł go pić bez obawy o poparzenie, chociaż przecież wiedział, że ziół nie należało parzyć we wrzątku. Wtedy traciły swoje cenne właściwości i równie dobrze można było pić herbatę z torebki - efekt byłby ten sam. - Hm?
Przeniósł wzrok na Nicholasa, gdy ten zadał jego pytanie. To było dobre i celne pytanie, na które w zasadzie Rodolphus nie umiał odpowiedzi udzielić. Zdążył porozmawiać z Robertem tylko przez chwilę, lawirując między kłamstwami a półprawdami, przeskakując przez niewygodne kłody, które Mulciber rzucał mu pod nogi.
- Nie, chyba nie. W każdym razie nie mówiłem mu, tak jak nie mówiłem nikomu innemu - powiedział w końcu, wzruszając lekko ramionami. Sięgnął znowu po widelec, ale nie jadł dużo. Miał mniejszą porcję, ale i tak część zostawił. Był po posiłku - zwykle jadł po to, by zaspokoić głód i zasilić ciało. Dzisiaj jadł do towarzystwa, ale nie miał zamiaru rezygnować ze swoich przyzwyczajeń. Przeciążanie żołądka nigdy nie kończyło się dobrze. Otarł więc usta i lekko odsunął od siebie talerz, a potem wbił wzrok gdzieś w przestrzeń. Nie czuł, by zioła na niego działały. Być może potrzebowały więcej czasu, bo jego myśli wciąż pędziły jak oszalałe. Ale faktycznie miał wrażenie, że przynajmniej nie chce komuś urwać głowy. Chociaż byłaby to miła odmiana od podcinania gardeł. Ale... Ekscytacja na myśl o tym odrobinę opadła. Być może jednak zaczynały działać.