01.03.2024, 22:31 ✶
Sprzątnięte biurko, idealnie ułożone poszczególne elementy, które tworzyły obraz schludnej, niezwykle porządnej pracownicy Ministerstwa. To mu w zupełności wystarczało. Nie szukał na jej biurku absolutnie niczego, co powiedziałoby mu o właścicielce więcej, niż potrzebował wiedzieć w tej chwili. Jakieś personalne zahaczki byłyby oczywiście wskazane, ale porządek mu wystarczał. Wbrew pozorom szło z niego dużo wyczytać. On sam był niemal pedantycznie porządny, co objawiało się nie tylko w równie pustym biurku, ale i w ubiorze. I chociaż ostatnie tygodnie nie były dla niego łaskawe, to wyłącznie jeden jedyny raz pozwolił sobie na przyjście w koszuli, która nie należała do niego. Nikt nie zauważył, ale wystarczała mu świadomość że to był o jeden raz za dużo. I fakt, że własną poplamił, ratując - jak się okazało - mugolkę, niczego nie zmieniał.
- Na pewno prywatna - potwierdził cicho, kiwając oszczędnie głową. Jego ruchy były niezwykle spokojne, wyćwiczone, lakoniczne tak, jak jego słowa. Rodolphus Lestrange nie dał się do tej pory nikomu poznać od innej strony. Z Victorią nie byli na tyle blisko, a na balach, urządzanych przez rodzinę, nie bywał. Trzymał się z daleka od tego typu przyjęć, uważając je za stratę czasu. Oczywiście mogło się zdarzyć, że z Cynthią minęli się gdzieś na parkiecie, wśród wirujących długich sukien, ocierających się o eleganckie garnitury, ale czy by się zapamiętali? Być może gdyby utrzymywał bliższe stosunki z Victorią, to by kojarzył Cynthię Flint. Zorientowałby się, że to o niej Robert pisał w swoim liście.
Jej oczy były niejako odbiciem jego własnych. Oczy Cynthii były jak dwa akwamaryny, czyste, jasne i piękne. Jego tęczówki zaś były w kolorze jasnej stali, niemal bez ciemniejszych obwódek wokół, co nadawało jego spojrzeniu intensywności. Nie musiał zbytnio się wysilać, by wprowadzać innych w dyskomfort - sam ich wygląd wystarczał. Jednocześnie za tym spojrzeniem nie kryło się absolutnie nic wyjątkowego czy charakterystycznego. Pozostawały bez wyrazu, chociaż spojrzenie miał bystre, oceniające. Jakby nieustannie analizował otoczenie i ludzi, z którymi rozmawiał.
- Będzie idealne - odpowiedział, kącik ust unosząc w górę. Czy podobało mu się to, co widział przed sobą? Czy być może to był kolejny wyćwiczony ruch, podobnie jak gest, który nastąpił zaraz po uśmiechu? Lestrange odsunął się nieco i gestem dłoni wskazał Cynthii, by prowadziła. W normalnych warunkach ułożyłby delikatnie dłoń na jej plecach, by przepuścić ją w drzwiach, lecz Rodolphus był ostrożny. Nie mógł dopuścić do tego, by w Ministerstwie zaczęto o nim plotkować. Oczywiście było to po części nieuniknione, ze względu na nazwisko, rodzinę czy po prostu fakt, że był Niewymownym, a o Niewymownych mówiono wiele, chociaż nic z tego nie miało sensu. Nie bez powodu nazywano ich właśnie tak, a nie inaczej. Ale przecież można zawsze było dorzucić kilka niestworzonych historii, próbując zrozumieć, dlaczego Niewymowni nie mówili nic o swojej pracy. Dlaczego byli tak tajemniczy, dziwni wręcz. Do szpiku kości irytujący z tą swoją manierą ignorowania pytań, które były dla nich niewygodne.
Lestrange'a nawet nie zastanowiło, jakim cudem Cynthia odgadła jego nazwisko. Był podobny do Louvaina, podobieństwo widać było również między nim a Victorią, która pracowała w Ministerstwie. Ten brak anonimowości w świecie czarodziejów czystej krwi bywał problematyczny, lecz tym razem działał po części na jego korzyść. Chociaż sam nie znał imienia kobiety, miał w jej garści nazwisko, podane przez Roberta.
- Proszę prowadzić, panno Flint, będę tuż obok - nie miał zamiaru podążać za nią niczym cień. Z drugiej jednak strony zgodził się na zaproponowane przez nią miejsce, o którym nie miał pojęcia, gdzie się znajdowało. Cynthia musiała przewodzić przez kilka chwil, by mogli tam dotrzeć. On sam nie opuszczał budynku podczas pracy, chyba że wzywali go na miejsca, w których działy się... rzeczy.
- Na pewno prywatna - potwierdził cicho, kiwając oszczędnie głową. Jego ruchy były niezwykle spokojne, wyćwiczone, lakoniczne tak, jak jego słowa. Rodolphus Lestrange nie dał się do tej pory nikomu poznać od innej strony. Z Victorią nie byli na tyle blisko, a na balach, urządzanych przez rodzinę, nie bywał. Trzymał się z daleka od tego typu przyjęć, uważając je za stratę czasu. Oczywiście mogło się zdarzyć, że z Cynthią minęli się gdzieś na parkiecie, wśród wirujących długich sukien, ocierających się o eleganckie garnitury, ale czy by się zapamiętali? Być może gdyby utrzymywał bliższe stosunki z Victorią, to by kojarzył Cynthię Flint. Zorientowałby się, że to o niej Robert pisał w swoim liście.
Jej oczy były niejako odbiciem jego własnych. Oczy Cynthii były jak dwa akwamaryny, czyste, jasne i piękne. Jego tęczówki zaś były w kolorze jasnej stali, niemal bez ciemniejszych obwódek wokół, co nadawało jego spojrzeniu intensywności. Nie musiał zbytnio się wysilać, by wprowadzać innych w dyskomfort - sam ich wygląd wystarczał. Jednocześnie za tym spojrzeniem nie kryło się absolutnie nic wyjątkowego czy charakterystycznego. Pozostawały bez wyrazu, chociaż spojrzenie miał bystre, oceniające. Jakby nieustannie analizował otoczenie i ludzi, z którymi rozmawiał.
- Będzie idealne - odpowiedział, kącik ust unosząc w górę. Czy podobało mu się to, co widział przed sobą? Czy być może to był kolejny wyćwiczony ruch, podobnie jak gest, który nastąpił zaraz po uśmiechu? Lestrange odsunął się nieco i gestem dłoni wskazał Cynthii, by prowadziła. W normalnych warunkach ułożyłby delikatnie dłoń na jej plecach, by przepuścić ją w drzwiach, lecz Rodolphus był ostrożny. Nie mógł dopuścić do tego, by w Ministerstwie zaczęto o nim plotkować. Oczywiście było to po części nieuniknione, ze względu na nazwisko, rodzinę czy po prostu fakt, że był Niewymownym, a o Niewymownych mówiono wiele, chociaż nic z tego nie miało sensu. Nie bez powodu nazywano ich właśnie tak, a nie inaczej. Ale przecież można zawsze było dorzucić kilka niestworzonych historii, próbując zrozumieć, dlaczego Niewymowni nie mówili nic o swojej pracy. Dlaczego byli tak tajemniczy, dziwni wręcz. Do szpiku kości irytujący z tą swoją manierą ignorowania pytań, które były dla nich niewygodne.
Lestrange'a nawet nie zastanowiło, jakim cudem Cynthia odgadła jego nazwisko. Był podobny do Louvaina, podobieństwo widać było również między nim a Victorią, która pracowała w Ministerstwie. Ten brak anonimowości w świecie czarodziejów czystej krwi bywał problematyczny, lecz tym razem działał po części na jego korzyść. Chociaż sam nie znał imienia kobiety, miał w jej garści nazwisko, podane przez Roberta.
- Proszę prowadzić, panno Flint, będę tuż obok - nie miał zamiaru podążać za nią niczym cień. Z drugiej jednak strony zgodził się na zaproponowane przez nią miejsce, o którym nie miał pojęcia, gdzie się znajdowało. Cynthia musiała przewodzić przez kilka chwil, by mogli tam dotrzeć. On sam nie opuszczał budynku podczas pracy, chyba że wzywali go na miejsca, w których działy się... rzeczy.