Być może świateł rzeczywiście było zbyt mało, żeby móc powiązać je z wioską, która miała znajdywać się w tej okolicy. Robert jednak nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Szczególnie intensywnie. Ta paskudna pogoda sprawiała, że chciał czym prędzej znaleźć się w suchym i przede wszystkim ciepłym miejscu. A przy okazji poczęstować się gorącą herbatą. Tak dla rozgrzania się po tej mało przyjemnej przygodzie.
- Nie podejdziemy bliżej, nie przekonamy się. - skwitował słowa swojego towarzysza.
Tak po prawdzie, to dużego wyboru nie mieli. Mogli, owszem, ruszyć w innym kierunku, zaryzykować, ale... jaką mieli pewność, że tym sposobem uda im się do tej wioski trafić? Tutaj natomiast w oddali majaczyło coś, co dawało nadzieje. Ostatecznie przecież, te światło musiało skądś się brać. Raczej nie mieli w tym momencie żadnych omamów. Nie można mówić o halucynacjach.
Przyśpieszyli, z każdym kolejnym metrem zbliżając się do budynku. Znajdującego się blisko lasu. Niezbyt dużego. Piętrowego. Ciężko było powiedzieć na jego temat cokolwiek więcej. Faktycznie był z zewnątrz nieco zaniedbany czy tylko im się wydawało? I ta okolica? Sprawiała dziwne wrażenie, choć ciężko było określić z jakiego powodu. Co konkretnie było tutaj nie w porządku. Nie tak jak powinno. Mogli się teraz nad tym zastanawiać. Wahać. Przeanalizować raz jeszcze dostępne opcje. Wszystkie, którymi dysponowali.
Spojrzał na Rodolphusa, przelotnie, na chwilę. Tak jakby miało mu to w tym momencie pomóc w podjęciu decyzji. I może rzeczywiście pomogło? Zaraz bowiem skinął głową. Cholera wie czy bardziej do siebie, czy do swojego towarzysza. I ruszył w kierunku drzwi. Po drodze jeszcze złapał w dłoń różdżkę. Nie wyciągnął jej jednak przed siebie. Nie wyciągnął jej nawet z ubrania. Po prostu trzymał w pogotowiu. Na wszelki wypadek.
Bo przecież nigdy nie wiesz, kiedy los postanowi postawić Ciebie w dziwnej sytuacji. Problematycznej. Takiej, przy której odpowiednia reakcja będzie koniecznością.
Wreszcie zapukał. Raz, drugi, trzeci. Czy ktokolwiek był w środku to usłyszał? Zwrócił uwagę? A może już wcześniej zauważono ludzi, którzy z wolna zbliżali się do posiadłości? Budynku? Jakkolwiek sprawy się miały, musieli poczekać. Musieli jeszcze chwilę stać w tym deszczu. Moknąć. Marznąć. Wystawiać się na tę nieprzyjemną pogodę, żeby nie powiedzieć - prawdziwie paskudną.
- Panowie podróżnicy, panowie zbłądzili? - drzwi otworzył skrzat. Niewysoki, mający na sobie brudną szatę. Albo może jej pozostałości? Uważnie przyjrzał się dwójce gości. Zaraz po tym odsunął się, zrobił dość miejsca, żeby mogli wejść do środka. - Pogoda jest brzydka, proszę wejść, pani Una chętnie przyjmie gości.
Tym samym stało się jasne, że trafili do domu kogoś, kto również posiadał magiczne zdolności. Jakiejś czarownicy, która zdawała się chętnie przyjmować gości. Tylko czy na takim odludziu często ktokolwiek się zjawiał? Bez powodu? Bez konkretnego celu?