Przeklinał ten dzień w którym Loretta wpadła w te sektę którym najwyższą cnotą było upodlenie. I pomyśleć, że w pierwszych spotkaniach mógł nawet twierdzić, że cygańskie trio jest całkiem w porządku. Nawet po części rozumiał skąd ta fascynacja romskim folklorem. W tych wibracjach było coś nieokiełznanego, dzikiego wręcz. Salonowe panny znudzone dworskimi konwenansami urzekały te wibracje, trudno się im dziwić skoro etykieta wysokich rodów pozostawiała im tak niewiele środków przekazu do uzewnętrznienia własnej ekspresji. Nestorzy czystej krwi sami hodowali sobie tą chorobę moralnej gangreny. Małolatki z dobrych domów po prostu jarają faceci z bogatą przeszłością, pewnie dlatego bananowi chłopcy tak bardzo próbują udawać, że są patologią.
Szkoda tylko, że do takich wniosków Louvain doszedł dopiero na przykładzie własnej siostry. Za Alexandrem nie przepadał prawię od początku, za bardzo miał wypisaną mizantropię na tej kaprawej mordzie. Jak miało mu zależeć na Lorettcie jak nie zależało mu nawet na sobie? I chociaż Lou też nie był typem altruisty to uparcie wierzył w wyższe cele, poświęcenie dla sprawy i przynajmniej nie srał do własnego gniazda.
- Lubiłem tylko Twoje ruchy. Ale odkąd straciłaś właściciela, w gestach przypominasz skundloną sukę. - odrzucił warknięciem. Do Diany, do pewnego czasu, miał szacunek, być może krztę podziwu. Kiedy się to wszystko zaczynało, było w niej coś onieśmielającego, może dlatego że patrzył na nią przez pryzmat dojrzalszej, bardziej doświadczonej w swojej kobiecości. Do tego imponujący rodowód, po linii Gauntów związana z samym Salazarem. Zazdrościł jej tego, więc kłamstwem byłoby mówić, że nigdy nie patrzył w jej kierunku pożądającym spojrzeniem. Wszystko jednak prysło, kiedy prawda o nich wybiła jak szambo po deszczu.
Parsknął śmiechem na stwierdzenie, że niby coś ich łączy. Łgarstwo. Poza wspólnymi perypetiami, gdzie przenikały się ich znajomości, uważał siebie samego za kompletnie inny, lepszy gatunek. Zwłaszcza od czasu kiedy został wyniesiony wśród śmierciożerców przez nich samych oraz Czarnego Pana. Ciężko było mu uwierzyć, że takie życiowe odpadki jak Alex, czy Diana nosili ten sam znak co ona. Gdyby tylko od niego zależała taka decyzja, posłałby ich w diabły, gdzieś w zapomniane rosyjskie stepy na samobójczą misję, byle tylko nie wrócili nigdy.
Jej obojętność na wszystkie jego ruchy tylko bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że szoruje po dnie egzystencji, a najgorsze było że ciągnęła za sobą jeszcze jedno zbyt cenne na upadek istnienie. Dlaczego wszystkie tak bardzo pchały się gips? Czy ten ćpuński książę sprawiał, że traciły zdolność instynktu samozachowawczego? Na groźbę nie reagowały odpowiednim strachem, nie ważne czy Rosie, czy Diana. Każda zachowywała się jakby właśnie tego chciały, jakby cudzy gniew na ich ciele miał być defibrylatorem dla ich serc. Z trudnością przełknął gorycz którą wypluła mu w twarz. W oczach zapłonęły onyksowe płomienie i tylko trzeźwy umysł powstrzymał go przed ubiciem jej buźki jak kawałka mięsa. Przekręcił głową strzelając karkiem, by chociaż w drobnym geście dać upust irytacji która przebiegłą wzdłuż kręgosłupa.
- Jesteście jak Ganges wiesz? - łagodnym tonem, niepodobnego do tego w którym przyrównał ją do psa. Powolnym ruchem ręki pogładził, wierzchem dłoni po twarzy. Próbując odnaleźć chociaż iskrę godności czarownicy dumnego rodu w jej oczach, chciał przebić się przez tę mgielną zasłonę. Na próżno jednak szukać tego, czego sama się wyrzekła. - Popłynęliście z prochami... - przerwał by chociaż na moment obdarzyć ją uśmiechem ciepła i troski. Błądził palcami po jej policzkach, zjeżdżając palcami w dół u nasady szczęki. - I robicie z mojej świątyni śmietnik... - zaśmiał się bezdźwięcznie na swój nieoczekiwany poetycki slam. Na moment spojrzał na jej usta, chcąc chociaż w mechaniczny sposób przywrócić te wspomnienia kiedy potrafił myśleć o niej jak o obiekcie swoich młodzieńczych westchnięć. Jednak te fizis należało do paskudnej osobowości, której nie potrafił odłączyć od jej postaci.
W jednej sekundzie gniew wylał się z jego oczu, nie potrafiąc dłużej kontrolować swojej złości. Nawet nie myśląc nad tym co robi złapał Mulciber za gardło, tylko po to by rzucić ją o toaletkę z wielkim lustrem, tuż za nimi. Od razu poszedł za nią, by jednym ruchem ramienia zmieść wszystkie bibeloty które stały na blacie tej antycznej toaletki. Pal sześć w te wszystkie importowane, drogie kosmetyki i dodatki. Jako to miało znaczenie, kiedy kolejna już buńczuczna damulka nie potrafiła trzymać jęzora na swoim miejscu. Zaraz potem chwycił ją gwałtownie za włosy tylko po to by nastawić ją przodem do lustra i zmusić by patrzyła prosto w ich odbicie.
- Spójrz do czego się doprowadziłaś. - warknął gorączkowo, cedząc przez zaciśnięte zęby. Czy to zawsze musiało się tak kończyć? Jednak nie pozostawiła mu zbyt dużego wyboru, sama go do tego zmusiła. Druga ręka, która przed chwilą łagodnie gładziła jej buźkę, teraz zaciśnięta na jej policzkach tylko dosadniej zmuszała ją do patrzenia na ich dwójkę. - NO PATRZ! - wrzasnął w końcu. Ile to trzeba się napocić, żeby uświadomić takiej lebiodce z jakimi konsekwencjami wiąże się wystawianie jego cierpliwości na próbę. Ciężkie jest życie przemocowca, ale za to jakie przyjemne.