Richard mądry po szkodzie. Nie oponował w chwili, kiedy Robert dawał spinkę Rodolphusowi. Tak po prostu to zaakceptował. A teraz określał to mianem idiotyzmu. Nie miał jednak ochoty na to, żeby sprzeczać się bratem. Zwłaszcza z powodu tego osobnika, który dopiero co opuścił gabinet. Nie było warto robić czegoś takiego z powodu smarkacza. Nawet jeśli z tym konkretnym smarkaczem wiązała go przysięga wieczysta.
- Poradzę sobie z nim, Rick. Nie będziemy teraz o tym rozmawiać. - odpowiedział. Nie zamierzał się kajać. Tłumaczyć. Przyznawać do tego, że o niczym nie myślał. Pozwolił na to, żeby jego mózg wyjechał sobie na krótkie wakacje. Spakował się i zniknął. Tak po prostu. Bez wcześniejszego ostrzeżenia. - Dziękuje za troskę.
Mimo wszystko doceniał to, że brak się tym przejmował. Interesował. Był po jego stronie. U jego boku. To sprawiało, że czuł się po prostu pewniej. Czuł, że miał to wsparcie, którego najzwyczajniej w świecie potrzebował.
Zapytany o to czy potrzebuje czegoś ze Skandynawi, Norwegi, chwilę się zawahał. Nie był to dobry moment na poruszanie takich kwestii. Zastanawianie się nad tym czy coś mogło mu się przydać. Może warto było uzupełnić stany magazynowe w kontekście konkretnych produktów bądź półproduktów?
- Dasz mi czas do wieczora? Dam Ci znać co będzie potrzebne. Nie miałem dotąd czasu się tym zająć.
Aż prosiło się skomentować, że na inne rzeczy - zdecydowanie mniej ważne, a do tego wątpliwe moralnie - czas miał. Sam przecież Richard widział. Miał przyjemność zobaczyć to na własne oczy i chyba niekoniecznie mu się to podobało. No cóż. Prawda była taka, że nie wszystko podobać mu się musiało. Byli przecież dorośli. Obydwaj.
Dogadali się. Porozumieli. Wystarczyła na to chwila.
- Będę w bibliotece, gdybyś czegoś przypadkiem potrzebował... - poinformował brata. Zaraz po tych słowach opuścił gabinet.