- Nie wątpię, że Una podejmie w tym przypadku najlepszą możliwą decyzje. – zareagował na słowa Rodolphusa. Dało się w jego głosie wychwycić odrobinę niechęci, którą nagle zdawał się żywić względem swojego rywala. Nie zdołał tego ukryć. Może nawet nie próbował? Chciał tym sposobem dać mu do zrozumienia, że nie podda się. Nie wycofa z tej walki. Znalazł bowiem tu, w tym domostwie, najprawdziwszy szkocki skarb. Taki, którego nie powinien nigdy wypuścić z własnych rąk.
Znów skupił się na niej. Znów podziwiał przepiękną kobietę, która znajdywała się przed nimi. Słuchał tego co mówiła. Jak mówiła. Ten głos? Ten przyjemny dla ucha głos, mógłby mu towarzyszyć do końca życia. A nawet dłużej. Unosząc do ust herbatę, przełknął kolejny łyk. Cudowny napój. I ten jego zapach. Czyżby Una lubowała się w tych bardziej wymyślnych smakach? Zdawało mu się, że wyczuwał delikatny zapach, który kojarzył mu się z whisky.
- Musisz mieć, Uno, szerokie znajomości w pewnych kręgach? O ile mnie pamięć nie myli, książka została uznana za zakazaną ledwie kilka tygodni po publikacji. – zauważył. Sam również chciał ją zdobyć, przed laty. Niestety starania te nie przyniosły pożądanych efektów. Wielka szkoda. – Mógłbym może ją zobaczyć?
Oddałby wiele, aby coś tak cennego znalazło się w jego rękach choćby na krótką chwilę. Nie śmiał prosić o nic więcej. Zakładał, że byłoby to nazbyt dużo. A ostatnim czego chciał, było zrażenie do siebie Uny. Zniechęcenie. Cały czas miał nadzieje na to, że te usta, te oczy – uśmiechać się będą właśnie do niego. Cieszyć go swoją obecnością co rano. Każdego kolejnego dnia. I nie, nie zaświtało mu nawet przez sekundę, że taka bliskość nie była wcześniej tym, czego mu brakowało. A nawet jeśli jakiś cichy głosik próbował bić na alarm? Świadomie go wówczas zignorował. Pewne rzeczy człowiek potrafił wszak odkryć nagle. Zupełnie niespodziewanie. Może to była jedna z nich?
- Ależ oczywiście, Robercie. Rozumiem, że dla panów nie jest to tematyka obca? – zadając pytanie, sięgnęła po książkę, a następnie podniosła się wraz z nią ze swojego fotela. Podeszła bliżej. Podała Robertowi egzemplarz w twardej oprawie. Pozwoliła przy tym, aby palce ich dłoni spotkały się. Niby przypadkowy fizyczny kontakt, mający wzmocnić efekt tego, co już wcześniej zdawało się działać bardzo dobrze.
Rodolphus, coraz bardziej świadomy, że znajdywali się obydwoje pod wpływem czaru, mógł teraz zauważyć, jak niewiele z tego, co wcześniej budziło jego podziw, było rzeczywiście prawdziwe. Znacznie od niego starsza, Una nie była żadnym ideałem, choć też urody nie można było jej odpuścić. Jak jednak zareaguje, skoro jego towarzysz wciąż zdawał się nad Uną rozpływać? Pogrążać bardziej w tym, co kobieta stworzyła. Tym co zdołała wykreować.
Skupił się na książce. Na podziwianiu okładki. Tłoczenia. Na nieśpiesznym kartkowaniu. Zapoznawaniu się ze stroną tytułową. Informacjami wydawniczymi. O autorze. Na spisie treści. Delikatnie przesuwał palcami po kolejnych stronach. Trafiło mu się prawdziwe cudo. Diament. Rzecz absolutnie bezcenna.
- Nie chcieliby panowie zerknąć w przyszłość? – zapytała, wracając na swoje miejsce. Ot, niewinna propozycja. Kolejna. – Tak się składa, że w okolicy jestem znana z tego, iż udzielam odpowiedzi nawet na najbardziej skomplikowane pytania.
Akcja nieudana
Sukces!