Kompletnie nie zwracał uwagi na to, co działo się dookoła. Skupiony na książce oraz Unie, nie widział niczego więcej. Kobieta kradła niemalże całą jego uwagę. Niewielka ilość jaka mu pozostała, skupiona zaś była na książce. Cennej książce. Niezwykle wartościowej. Gdyby mógł, zacząłby tu i teraz robić notatki. Przepisywałby co ciekawsze fragmenty tej niezwykle interesującej pracy. Tyle tylko, że to byłoby niegrzeczne. Może później? Może poprosi Unę, żeby udostępniła mu tę książkę na noc? Przecież bez eliksiru i tak nie uda mu się zasnąć. Szanse na to były naprawdę znikome.
- Rzeczywiście, tematyka nie jest dla mnie obca. - przyznał się, bez żadnej refleksji, do czegoś co było przecież zabronione. Zakazane w całej Wielkiej Brytanii. Nie myślał w tym momencie o konsekwencjach. Przecież pytanie zadała mu Una. A Una nie była kimś, kogo należało się obawiać. Tak ładna. Tak dobra. Piękna. Miła. Niewinna? Nie wyglądała na kogoś, kto byłby w stanie skrzywdzić choćby muchę. Jawiła się prędzej niczym ten delikatny kwiat, którego należało chronić przed światem. Bo przecież krzywdę mógł mu zrobić byle podmuch wiatru.
Nie zdążył zareagować na pytanie dotyczące kart. Dotyczące spojrzenia w przyszłość. Przeszło mu jednak przez myśl, że może powinien? Może karty dałyby mu tą pewność. Potwierdziły, że to ona była tą jedyną. A że nigdy dotąd w takie rzeczy Robert nie wierzył? Teraz nie miało to znaczenia. Miał już się odezwać, przyjąć propozycje, kiedy Rodolphus nagle wyciągnął różdżkę, a Una... a Una ponownie poderwała się z fotela. Zdążyła wyczuć, że coś jest nie tak. Zauważyła w porę, że drugi z mężczyzn najwyraźniej zdołał się wyswobodzić spod jej uroku. Czaru.
Nie. To nie powinno było mieć miejsca! Czyżby była w tym wszystkim zbyt delikatna? Za bardzo ostrożna? Powinna bardziej skupić się na tym, żeby zapanować nad obydwoma mężczyznami? Nie potrzebowała różdżki, żeby spróbować się obronić. Owszem, była przydatna, ale spędzając tyle czasu w tym domu, w samotności, skupiała się na tym, żeby rozwijać swoje zdolności. Poszerzać je krok po kroku. Nie była pierwszą lepszą czarownicą!
Ale też nie chciała go przecież skrzywdzić. Nie chciała, prawda? Kiedy tylko zorientowała się, że zaklęcie się nie powiodło - czyżby był wciąż zbyt skołowany z powodu uroku? - zrezygnowała z prób obrony. Przeszła miast tego płynnie do ofensywy.
- Ależ panie Rodolphusie, to naprawdę nie było konieczne! Wystraszył mnie pan! Zdrowo wystraszył. - starając się, aby jej czar na niego wpłynął, zaczęła mówić do niego w sposób wskazujący na to, że zrobił właśnie coś naprawdę ważnego. Uratował ją? Ich? - To była tylko komar, naprawdę nie trzeba było sięgać po różdżkę! Dziękuje jednak za pomoc. Naprawdę to doceniam. - uśmiechnęła się, prosto do niego, licząc na to, że ponownie się w tym zatopi. W tych ustach, tych oczach. Może nawet sam do niej podejdzie? Robert był zajęty książką, mogła na moment spuścić go z oka, skupiając się na młodszym z mężczyzn. Tym o pięknych oczach. Ah, te oczy! Mogłaby na nie patrzeć każdego dnia. Może nawet powinna zrezygnować z tego drugiego i skupić się wyłącznie na jednym? Te wszystkie wątpliwości. Dlaczego zawsze musiało być ich tak wiele. Z wahaniem zerknęła na pochylonego nad książką Roberta.
Kiedy swoją uwagę przeniósł on na Rodolphusa?
- Lestrange, nie wpada zachowywać się tak wobec kobiet. - upomniał go, wyraźnie niezadowolony z powodu tego, co właśnie się wydarzyło. Jak go rodzice wychowali? Pewnie byłoby im za niego teraz strasznie wstyd. Tak samo wstyd jak było jemu, Robertowi. Bo przecież to on go tutaj sprowadził. - Mój towarzysz jest czasami trochę... impulsywny, proszę mu to wybaczyć. Sam bardzo obawia się owadów.
Akcja nieudana
Sukces!