Właśnie dlatego się wahała. Właśnie dlatego miała wątpliwości. Tylko czy teraz, będąc już pewną tego, że tak bezczelnie ją oszukał, miała mu to choć trochę za złe? No niestety. Prawda była taka, że na tego oto idiotę nie potrafiła się złościć. A już na pewno - nie dłużej niż przez kilka minut. Może tak z 5? Później bowiem przypominała sobie, że czegoś od niego chciała. Albo wpadało jej do głowy coś, co nagle koniecznie musiała mu powiedzieć. I tym oto sposobem cała wcześniejsza złość rozpływała się w powietrzu.
- Nie będę się z Tobą kłócić, ale wiedz, że kiedyś się za to odegram.
Musiała wyglądać naprawdę groźnie z tym paluchem wycelowanym prosto w jego nos. Strach pomyśleć, co takiego wymyśli, żeby się na nim odegrać. Rzecz jasna, o ile o tej deklaracji nie zapomni za jakieś 10 minut. Może 20. Niewątpliwie bardzo szybko. W końcu nie zalazł jej za skórę tak bardzo, żeby pielęgnowała tę urazę przez kolejnych 20 lat. Czy tam 22 albo 23 lata. Bo pewnie by potrafiła - w tych wyjątkowych przypadkach. A takie przecież też czasami się trafiały.
Chińskie ciasteczka z wróżbą nie kosztowały tyle, ile bransoletki, wisiorki, broszki. To prawda. Była to jedna z tych drobnych rzeczy, które cieszyły. Tak trochę. Smakowały raczej przeciętnie, ale można było wybaczyć. Penny, choć sama nie miała tego rodzaju zdolności za grosz, lubiła wszelkie wróżby. Gdyby było ją stać, skorzystałaby pewnie z usług kogoś, kto potrafił zerknąć w przyszłość. Niestety, Terry się do tego grona nie zaliczał. A szkoda, bo o swoją kartę dnia, męczyłaby go codziennie. W końcu co to za filozofia? Przetasować talię, wyjąć jedną kartę i przedstawić jej znaczenie? No właśnie.
- Nawet nie próbuj się mnie teraz czepiać, Trelawney. - zmrużyła na moment oczy. - To dotyczy tylko Ciebie. Nie każdy wciska innym mało wiarygodne bajeczki, tylko po to, żeby zarobić na czynsz przy Pokątnej. - upomniała go.
Miał tupet, prawda? Tyle tylko, że wcale to Penny nie przeszkadzało. Tak dlugo, jak na tym zarabiał ich sklep, mógł opowiadać kolejnej zdesperowanej starej pannie, że tuż za rogiem czeka na nią przystojny brunet. Swoją drogą, to czy nie mówił czegoś takiego tej całej Marie, która odwiedzała ich przy każdej wypłacie? Zawsze pytała o sprawy uczuciowe. Taka młoda i tak głupia. Można było się zastanawiać, co było z nią nie tak, bo do brzydkich się również nie zaliczała. Tylko czy to ich sprawa? Grunt, że zawsze płaciła. A nawet więcej - zostawiała przy okazji drobny napiwek.
Przełamała swoje ciasteczko na pół, dostając się do tego, co kryło się w środku. Do karteczki z wróżbą. Trafiła jej się girlanda, ponoć mająca oznaczać wielki zaszczyt bądź sukces. Czyżby miało się zdarzyć coś wyjątkowego? Pokazała karteczkę Terry'emu.
- Wiesz, ostatnio udało mi się porozmawiać z panią Larson. To ta dziennikarka, o której Ci opowiadałam... - ot, z miejsca połączyła tą wróżbę z czymś, co jeszcze nie miało miejsca. Ale będzie miało, prawda? Już za chwilę, za moment. skoro wróżba mówiła o zaszczycie, to może właśnie stanie się ta konkretna rzecz? Napiszą o Zaczarowanych Różnościach w gazecie? I to nie byle jakiej gazecie! Chodziło wszak o Czarownicę.