06.03.2024, 10:37 ✶
Kobietę trzymał na dystans - nie tylko ze względu na szacunek, ale i dobre wychowanie. Zasady poprawności i dobrych manier wpajano mu od dziecka, przesiąknął nimi na tyle, by działać niemal odruchowo. Oczywiście istniała też mała, maleńka szansa, że Lestrange nie ufał kobietom na tyle, by chciał się zbliżać na dystans mniejszy, niż zalecany. Chociaż czy można to było nazwać brakiem zaufania... W głowie mimo wszystko miał kilka wygodnych wymówek, jeżeli ktoś zapytałby go o spotkanie z Cynthią. Jednak bycie Niewymownym miało jedną, ogromną zaletę: nie mówili o swojej pracy. Nie potrzebował wymówek, chociaż je tworzył na wszelki wypadek w głowie. Mógł po prostu przemilczeć, nie komentować. I nikogo by to nie zdziwiło. Nikt by nie pytał, nie drążył. Bo w przypadku Niewymownych milczenie oznaczało po prostu nie, chociaż milczeć można było na wiele sposobów. Tak jak to robił teraz. Cisza, która ich otaczała, nie była agresywna czy krępująca. Była po prostu ciszą, która wypełniała powietrze między ich ciałami, otulała je miękko i sprawiała wrażenie, że wszystko jest w najlepszym porządku. Bo mówić w budynku Ministerstwa nie chciał. Zapraszać jej do siebie również nie zamierzał. Zapytania listowne z wiadomych względów odpadały. Niech więc zostanie miejsce publiczne, acz kameralne. Spokojne, ale nie na tyle, by ich głosy niosły się echem do uszu osób trzecich.
Gdy wyszli na ulicę, chłodny wiatr przyjemnie owiał jego twarz. Mimo lata słońce schowało się za chmurami, które być może zwiastowały deszcz. W Londynie nigdy nie było wiadomo, czy akurat z tej konkretnej chmury opadną leniwie krople, czy wiatr rozwieje je tak, by zostało po nich tylko wspomnienie. Nie przejmował się więc tym, że ludzie wydawali się spieszyć. Dla niego czas zwolnił na krótką chwilę, gdy opuścili zatłoczony budynek Ministerstwa i weszli na równie, jeśli nie bardziej, zatłoczoną ulicę. W stalowych tęczówkach odbiło się jaśniejsze światło, zatańczyło tak, że oświetliło je nierównomiernie, nieidealnie. Wrażenie to zniknęło, gdy Lestrange zerknął w stronę Cynthii. Oczy miał lekko zmrużone, jakby pomimo braku promieni słonecznych jasne światło odrobinę je raniło. Ale być może potrzebował po prostu czasu, by się przestawić, jak każda osoba z jasnymi oczami, która wychodzi z cienia na światło. Nie odpowiedział jej niczym innym poza lekkim, uprzejmym uśmiechem. Ten konkretny Lestrange nie wydawał się zbyt rozmowny, chociaż patrząc na resztę jego rodziny, to również nie było niczym szczególnym. Jakby im wszystkim od dziecka wpajano, by nie kłapali jęzorem po próżnicy. By mówili tylko wtedy, gdy mieli coś do powiedzenia. To była wbrew pozorom ogromna zaleta w niektórych sytuacjach i niektórych kręgach. Ale jednocześnie mogła niezwykle szybko zmienić się w wadę. Czy on potrafiłby zagadać do kogoś tak po prostu? Podtrzymać rozmowę, uprawiać uprzejmy small talk? Wydawało się na pierwszy rzut oka, że nie. Ale przecież nie zaprosił jej na randkę, by usilnie starać się zyskać jej zainteresowanie.
Miejsce, które wybrała Cynthia, idealnie trafiło w jego gust. Szczególnie ten brak kurzołapów był czymś, co Lestrange doceniał. We własnym mieszkaniu nie miał absolutnie nic zbędnego, co byłoby niepotrzebną ozdobą. Jego wzrok odruchowo przeleciał po otoczeniu, by wyłapać poszczególne, pasujące do siebie elementy. I chociaż nie przepadał za roślinami, tak te wydawały się być tu czymś naturalnym, jakby były tu od zawsze. Nie przeszkadzały, nie zwracały na siebie uwagi - były doskonale pasującym elementem do całości. Flint miała rację, było kameralnie, było... dość przyjemnie. I spokojnie. Tylko to kadzidło mogli sobie darować - kojarzyło mu się niestety z jedną osobą, o której w tej chwili usilnie chciałby zapomnieć. Byle by tylko wypadła mu z głowy i pozostawiła działanie oraz decyzje jemu samemu. Chociaż wiedział, że to nie było możliwe, to próbował przekierować myśli na inne tory.
- Zdam się w tej kwestii na panią - odpowiedział, swobodnie opierając plecy o oparcie. Sam zamówił herbatę - za kawą nie przepadał i pijał ją tylko wtedy, gdy musiał. Była używką, chociaż nie tak niebezpieczną, jak alkohol czy nikotyna. Ale wciąż to była w jego opinii używka, a tych Rodolphus się wystrzegał. Pozwalał sobie na nie jedynie w niewielkich ilościach od czasu do czasu. Wlepił spojrzenie w Cynthię, przyglądając się jej. Analizując jej postawę, mowę ciała. Milczał, podobnie jak milczała ona. Nie zaczynał na razie rozmowy, bo kątem oka widział, jak kelnerka kręci się, zerka w ich stronę przez kilka chwil. Odrobinę przekręcił głowę, by Cynthia nie uznała tego za afront - po prostu czekał, aż kobieta zajmie się swoimi sprawami i da im chwilę na to, by przejrzeli kartę. Czego robić nie zamierzał. Niech się zajmie tą herbatą.
- Polecono mi, by się z panią skontaktować - zaczął, gdy uznał, że teren jest mniej więcej bezpieczny. Czysty. Głos miał spokojny, nieco cichszy niż wcześniej, gdy rozmawiali. Sam oparł przedramiona o stolik i nachylił się lekko w stronę kobiety, by ta nie musiała zmieniać pozycji, by móc usłyszeć każde jego słowo bez najmniejszego problemu. Troskliwy. - Jest pani osobą godną zaufania, młodą choć ambitną... I niezwykle zdolną. Tak słyszałem.
Posłał jej delikatny uśmiech, który nie sugerował, by te pochlebstwa miały coś więcej na celu, niż zgrabne przejście do tematu.
- A jednocześnie wiem, że nie do końca jest pani zadowolona z poziomu zaawansowania niektórych obowiązków, panno Flint. Czy dużo się pomylę, gdy stwierdzę, że w Ministerstwie Magii nie doceniają w pełni pani zdolności i wiedzy i nie wykorzystują w pełni pani potencjału? Nie pozwalają się rozwijać w takim tempie, jaki by pani odpowiadał? - zastanawiał się, na ile Cynthia została wtajemniczona przez ojca w sprawę. Zakładał, że dostała zaledwie krótką informację o tym, że ktoś się z nią skontaktuje, więc wolał powoli przechodzić do rzeczy, dbając jednocześnie o to, żeby im nie przeszkodzono przyniesieniem napojów czy próbą spisania zamówienia. Niezbyt lubił, gdy ktoś mu przerywał.
Gdy wyszli na ulicę, chłodny wiatr przyjemnie owiał jego twarz. Mimo lata słońce schowało się za chmurami, które być może zwiastowały deszcz. W Londynie nigdy nie było wiadomo, czy akurat z tej konkretnej chmury opadną leniwie krople, czy wiatr rozwieje je tak, by zostało po nich tylko wspomnienie. Nie przejmował się więc tym, że ludzie wydawali się spieszyć. Dla niego czas zwolnił na krótką chwilę, gdy opuścili zatłoczony budynek Ministerstwa i weszli na równie, jeśli nie bardziej, zatłoczoną ulicę. W stalowych tęczówkach odbiło się jaśniejsze światło, zatańczyło tak, że oświetliło je nierównomiernie, nieidealnie. Wrażenie to zniknęło, gdy Lestrange zerknął w stronę Cynthii. Oczy miał lekko zmrużone, jakby pomimo braku promieni słonecznych jasne światło odrobinę je raniło. Ale być może potrzebował po prostu czasu, by się przestawić, jak każda osoba z jasnymi oczami, która wychodzi z cienia na światło. Nie odpowiedział jej niczym innym poza lekkim, uprzejmym uśmiechem. Ten konkretny Lestrange nie wydawał się zbyt rozmowny, chociaż patrząc na resztę jego rodziny, to również nie było niczym szczególnym. Jakby im wszystkim od dziecka wpajano, by nie kłapali jęzorem po próżnicy. By mówili tylko wtedy, gdy mieli coś do powiedzenia. To była wbrew pozorom ogromna zaleta w niektórych sytuacjach i niektórych kręgach. Ale jednocześnie mogła niezwykle szybko zmienić się w wadę. Czy on potrafiłby zagadać do kogoś tak po prostu? Podtrzymać rozmowę, uprawiać uprzejmy small talk? Wydawało się na pierwszy rzut oka, że nie. Ale przecież nie zaprosił jej na randkę, by usilnie starać się zyskać jej zainteresowanie.
Miejsce, które wybrała Cynthia, idealnie trafiło w jego gust. Szczególnie ten brak kurzołapów był czymś, co Lestrange doceniał. We własnym mieszkaniu nie miał absolutnie nic zbędnego, co byłoby niepotrzebną ozdobą. Jego wzrok odruchowo przeleciał po otoczeniu, by wyłapać poszczególne, pasujące do siebie elementy. I chociaż nie przepadał za roślinami, tak te wydawały się być tu czymś naturalnym, jakby były tu od zawsze. Nie przeszkadzały, nie zwracały na siebie uwagi - były doskonale pasującym elementem do całości. Flint miała rację, było kameralnie, było... dość przyjemnie. I spokojnie. Tylko to kadzidło mogli sobie darować - kojarzyło mu się niestety z jedną osobą, o której w tej chwili usilnie chciałby zapomnieć. Byle by tylko wypadła mu z głowy i pozostawiła działanie oraz decyzje jemu samemu. Chociaż wiedział, że to nie było możliwe, to próbował przekierować myśli na inne tory.
- Zdam się w tej kwestii na panią - odpowiedział, swobodnie opierając plecy o oparcie. Sam zamówił herbatę - za kawą nie przepadał i pijał ją tylko wtedy, gdy musiał. Była używką, chociaż nie tak niebezpieczną, jak alkohol czy nikotyna. Ale wciąż to była w jego opinii używka, a tych Rodolphus się wystrzegał. Pozwalał sobie na nie jedynie w niewielkich ilościach od czasu do czasu. Wlepił spojrzenie w Cynthię, przyglądając się jej. Analizując jej postawę, mowę ciała. Milczał, podobnie jak milczała ona. Nie zaczynał na razie rozmowy, bo kątem oka widział, jak kelnerka kręci się, zerka w ich stronę przez kilka chwil. Odrobinę przekręcił głowę, by Cynthia nie uznała tego za afront - po prostu czekał, aż kobieta zajmie się swoimi sprawami i da im chwilę na to, by przejrzeli kartę. Czego robić nie zamierzał. Niech się zajmie tą herbatą.
- Polecono mi, by się z panią skontaktować - zaczął, gdy uznał, że teren jest mniej więcej bezpieczny. Czysty. Głos miał spokojny, nieco cichszy niż wcześniej, gdy rozmawiali. Sam oparł przedramiona o stolik i nachylił się lekko w stronę kobiety, by ta nie musiała zmieniać pozycji, by móc usłyszeć każde jego słowo bez najmniejszego problemu. Troskliwy. - Jest pani osobą godną zaufania, młodą choć ambitną... I niezwykle zdolną. Tak słyszałem.
Posłał jej delikatny uśmiech, który nie sugerował, by te pochlebstwa miały coś więcej na celu, niż zgrabne przejście do tematu.
- A jednocześnie wiem, że nie do końca jest pani zadowolona z poziomu zaawansowania niektórych obowiązków, panno Flint. Czy dużo się pomylę, gdy stwierdzę, że w Ministerstwie Magii nie doceniają w pełni pani zdolności i wiedzy i nie wykorzystują w pełni pani potencjału? Nie pozwalają się rozwijać w takim tempie, jaki by pani odpowiadał? - zastanawiał się, na ile Cynthia została wtajemniczona przez ojca w sprawę. Zakładał, że dostała zaledwie krótką informację o tym, że ktoś się z nią skontaktuje, więc wolał powoli przechodzić do rzeczy, dbając jednocześnie o to, żeby im nie przeszkodzono przyniesieniem napojów czy próbą spisania zamówienia. Niezbyt lubił, gdy ktoś mu przerywał.