06.03.2024, 11:53 ✶
Mógłby przysiąc, że czytając tę cholerną książkę, widział drgnienie jej duszy, czuł jej obecność, ale uzdrowicielki zawsze mówiły mu te same, nieszczególnie pokrzepiające rzeczy - one nie wyczuwały nic, nie dostrzegły ruchów. Może powinien być pewniejszy siebie, może powinien przestać myśleć o tym w kategorii „czy to jeszcze jest ona” i powinien powiedzieć stanowczo: „tak, to ona, a ja widziałem dwa dni temu, jak wzruszyła ramionami, jakby to wszystko stało jej się obojętne”. Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby w obronie swojego stanowiska, nawet wymyślonego, założyłby się nawet o odcięcie własnego palca. Zresztą, nawet gdyby nie miał racji, na nic mu był ten palec - kiedy jakiś człowiek był centrum twojego żywota, to się nawet dwa razy nie zastanawiałeś przed wykonaniem kolejnego umartwiającego go ruchu. Dwie połówki pomarańczy wszystkim kojarzyły się zawsze z poszukiwaniem jednej, jedynej romantycznej miłości - on by się zarzekł, że nigdy by tak nie pomyślał - po pierwsze dlatego, iż nie wierzył do końca (choć też nie zupełnie) w prawdziwą miłość inną niż ta, jaką czuł do rodziny, po drugie - z czymże miałoby mu się to kojarzyć, jeżeli nie z Mills, której te pomarańcze obierał całe dzieciństwo. Bez niej był tylko i aż sobą - a Alastor Moody pozostawiony sam sobie był kimś podejrzanie wręcz jak na swoją stanowczość zagubionym.
- Wychodzi Puk. Demetriusz, Lizander, Helena i Hermia zostają uśpieni. - Zwilżył opuszek palca językiem i przewrócił stronę. Millie odetchnęła jakoś inaczej, on jednak pozostał tym gestem pozornie niewzruszony. W rzeczywistości, w głębi swojego jestestwa, poruszył się aż za bardzo, wstrząsnęło to każdym jego organem i każdym jego mięśniem - w ten nieprzyjemny sposób, od którego człowiekowi wykręcało wnętrzności. W ten sposób, który wymusza na tobie otwarcie szerzej oczu i spojrzenie w górę, żeby powstrzymać kaskadę łez spływających po policzkach. Bo faceci nie płakali, nawet w samotności. Faceci zaciskali pięści, ignorując poetyckie ujmowanie świata, mówiące jakoby miał mieć niezaprzeczalną rację i byli ze sobą jakoś magicznie połączeni. Potrzebował niezaprzeczalnie, aby ktoś tym jego durnym podejściem do świata i swojej osoby wzgardził na tyle, aby chociaż na kilka sekund nabrał w tym zdrowego rozsądku, ale człowiek zdolny do wywarcia na nim takiego wpływu był teraz nieprzytomny - walczył ze skalą szarości gdzieś w odmętach własnej świadomości. To była cicha walka. - Akt czwarty, scena I. Las. Wchodzą Tytania i Denko w orszaku Wróżek. Oberon w głębi, niewidziany.
Przeczuwał kolejną dawkę absurdu.
- Na łoże z kwiatów przyjdź tu do kochanki, niech się z twym pięknym obliczem popieszczę, głowę twą lśniącą ustroję w róż wianki, długie twe uszy wycałuję jeszcze - przeczytał głosem Tytanii.
Odważył się unieść spojrzenie na siostrę, na chwilę, może trochę zbyt długą, a następnie opuścił je znów na książkę.
- Gdzie Groszkowy Kwiatek? - Zapytał głosem Denka. A później musiał przeczytać coś głosem Groszkowego Kwiatka i był pewny, że jego kwestie też odczytywał jakimś specjalnym głosem, ale nie pamiętał jakim. A może Groszkowy Kwiatek był wspomniany, ale się jeszcze nie odzywał? Alastor potarł czoło dłonią. W gruncie rzeczy gardło miał już tym wszystkim przemęczone. Z jakiegoś powodu nie potrafił uznać tego za znak, że powinien dać sobie spokój. - Jestem. - Postarał się o piskliwość. - Podrap mnie w głowę, Groszkowy Kwiatku! A gdzie monsieur Pajęczynka?
- Wychodzi Puk. Demetriusz, Lizander, Helena i Hermia zostają uśpieni. - Zwilżył opuszek palca językiem i przewrócił stronę. Millie odetchnęła jakoś inaczej, on jednak pozostał tym gestem pozornie niewzruszony. W rzeczywistości, w głębi swojego jestestwa, poruszył się aż za bardzo, wstrząsnęło to każdym jego organem i każdym jego mięśniem - w ten nieprzyjemny sposób, od którego człowiekowi wykręcało wnętrzności. W ten sposób, który wymusza na tobie otwarcie szerzej oczu i spojrzenie w górę, żeby powstrzymać kaskadę łez spływających po policzkach. Bo faceci nie płakali, nawet w samotności. Faceci zaciskali pięści, ignorując poetyckie ujmowanie świata, mówiące jakoby miał mieć niezaprzeczalną rację i byli ze sobą jakoś magicznie połączeni. Potrzebował niezaprzeczalnie, aby ktoś tym jego durnym podejściem do świata i swojej osoby wzgardził na tyle, aby chociaż na kilka sekund nabrał w tym zdrowego rozsądku, ale człowiek zdolny do wywarcia na nim takiego wpływu był teraz nieprzytomny - walczył ze skalą szarości gdzieś w odmętach własnej świadomości. To była cicha walka. - Akt czwarty, scena I. Las. Wchodzą Tytania i Denko w orszaku Wróżek. Oberon w głębi, niewidziany.
Przeczuwał kolejną dawkę absurdu.
- Na łoże z kwiatów przyjdź tu do kochanki, niech się z twym pięknym obliczem popieszczę, głowę twą lśniącą ustroję w róż wianki, długie twe uszy wycałuję jeszcze - przeczytał głosem Tytanii.
Odważył się unieść spojrzenie na siostrę, na chwilę, może trochę zbyt długą, a następnie opuścił je znów na książkę.
- Gdzie Groszkowy Kwiatek? - Zapytał głosem Denka. A później musiał przeczytać coś głosem Groszkowego Kwiatka i był pewny, że jego kwestie też odczytywał jakimś specjalnym głosem, ale nie pamiętał jakim. A może Groszkowy Kwiatek był wspomniany, ale się jeszcze nie odzywał? Alastor potarł czoło dłonią. W gruncie rzeczy gardło miał już tym wszystkim przemęczone. Z jakiegoś powodu nie potrafił uznać tego za znak, że powinien dać sobie spokój. - Jestem. - Postarał się o piskliwość. - Podrap mnie w głowę, Groszkowy Kwiatku! A gdzie monsieur Pajęczynka?
fear is the mind-killer.