Wróżby miały to do siebie, że były mało konkretne. Składały się z haseł. Symboli. Ogólników. Były czymś, co każdy mógł zidentyfikować na swój własny sposób. Ułożyć poszczególne elementy układanki tak, aby do niej pasowały. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Niejednokrotnie też to wiedziała. Na własne oczy. Dlatego też nie mogła się z Terry'm nie zgodzić. Tak samo jak i nie mogła przytaknąć temu, co właśnie padło z jego ust. Skupiła się więc na kolejnych słowach. Te pierwsze pominęła.
- Mówiłam Ci, że trzeba było szukać czegoś na Horyzontalnej. - skwitowała tym samym jego wybór, kiedy chodziło o mieszkanie. Ona sama wynajmowała pokój na Horyzontalnej i na czynsz narzekać nie mogła. Co najwyżej na współlokatorkę, która czasami dawała się we znaki. Chociażby w tej chwili, kiedy kolejny raz, bez zapytania o zgodę, pożyczała od Weasley biżuterię.
Widząc puste ciasteczko, również się zaśmiała. Bardziej w reakcji na śmiech Terry'ego, niż z racji na brak wróżby. Śmiech sam w sobie bywał przecież zaraźliwy. Człowiek chciał na niego zareagować. A Penny temu chciejstwu się zwyczajnie podporządkowała. Chciała przy okazji rzucić coś na temat karmy, bo przecież ledwie kilka minut temu odmówił jej kupna obiecanej bransoletki, ale darowała to sobie. Po co wciąż do tego wracać?
- Brzmisz prawie jak Regina, to nie jest zabawne. - zwróciła mu uwagę. Wbrew temu co padło, musiało to jednak być dla niej zabawne. Kącik ust poruszał się. Oczy się wręcz iskrzyły. Ot, bawiła się dobrze w jego towarzystwie, nawet jeśli nie dostała bransoletki, wisiorka, pierścionka i broszki. Bo przecież, wbrew temu co sama twierdziła, wcale nie były one potrzebne jej do szczęścia. - Jesteś paskudnym oszustem. Nie dotrzymałeś swojej części umowy, a teraz odmawiasz pomocy? Zapamiętam to sobie, Terrance. - pokręciła głową. Jakoś tak nie było jej trudno sobie wyobrazić, że z tym całym przygotowywaniem sklepu na wizytę fotografa, rzeczywiście będzie musiała poradzić sobie sama. Ile razy już w podobnych sytuacjach, Terry ratował się pośpiesznie wymyśloną bajeczką i tak po prostu brał nogi za pas? Dobrze, że przynajmniej w inny sprawach można było na niego liczyć. Miał jakieś tam wątpliwe zalety, którymi nadrabiał. - Nie jestem pewna czy faktycznie się odezwie, ale zostawiłam jej naszą wizytówkę. Może nie wyrzuciła jej do kosza. A może wręcz przeciwnie? - nie mogła mieć co do tego pewności, ale... cokolwiek się teraz wydarzy, mogła być z siebie zadowolona. Dumna. Bo spróbowała. Podjęła się jakiś działań i nawet udało jej się z tą kobietą porozmawiać. Wzruszyła przy tych słowach ramionami, bo co więcej mogła? Będzie co będzie. Co przyniesie los?
Mijając kolejne stoiska, wpadli na jakiegoś dzieciaka, który zarabiał na jakieś zachcianki wciskając przechodniom gazetę. Najnowsze wydanie Czarownicy. Za ledwie kilka knutów. Dobra cena, uczciwa, więcej nie było to warte. Penny wyłuskała te swoje drobniaki z portfela, rzuciła podlotkowi. Zgarnęła w miarę świeże wydanie. Wczorajsze.
- Pójdziemy jeszcze na lody? - zapytała, wskazując na znajdującą się przed nimi lodziarnie pana Fortescue. Miejsce w miarę świeże. Liczyło mniej niż rok. Raz tylko miała okazje się przed nią zatrzymać, lodów jednak wówczas nie spróbowała. Musiała zrezygnować, śpiesząc się do pracy. Było to spory kawał czasu temu, jeszcze przed tym jak otworzyli Zaczarowane Różności.