Niczego nie oczekuj – to się nie zawiedziesz, to była prawda życiowa, którą Victoria przez swoje dwadzieścia siedem (minus beztroski dziecięcy czas, gdy niewiele się myślało) lat wyznawała z dość wysoką skutecznością. Nie było tak zawsze i ciągle, robiła wyjątki od tej reguły, zwłaszcza w ostatnim czasie częściej. Może zbyt często. Może nie powinna… Ale czy nie każdemu należała się jakaś nadzieja w życiu? Dzisiaj jednak miało być beztrosko. Miało być miło. Miało nie być żadnych oczekiwań; Atreus trafił na wyjątkowo dobry moment z tymi komplementami i żartami. W taki, że Lestrange nie brała wielu rzeczy na serio, ani do siebie. Wręcz odpychała od siebie wiele rzeczy.
– Nie, nie zwiększyłoby – odpowiedziała po prostu, całkiem wierząc, że Atreus mógłby o coś takiego zapytać serio. Widząc poziom, jaki sobą reprezentowali Stanley i Sauriel, to już nic ją chyba nie dziwiło. Znosiła to wręcz ze stoickim spokojem. – To tylko marnotrawstwo dobrej whisky – dodała niemalże ze wzruszeniem ramion. Ale nie zamierzała robić tutaj żadnego wykładu na temat roślin, czuła, że nie jest to wymagane, a wręcz, że nie będzie to pożądane. – Nic a nic. Poprawiłam mu kilka bzdur, a był spięty, jakbym mu miała zaraz wpisać Trolla z zielarstwa czy coś w ten deseń – parsknęła cichutko pod nosem i uśmiechnęła się do Bulstrode’a.
Oboje mieli swoje problemy sercowe. Rzecz jasna Victoria nie wiedziała o tych związanych z Brenną, zresztą jej własne myśli potrafiły zupełnie niechciane ulatywać w kierunku trudnego do opanowania wampira. Prawda była jednak taka, że Beltane poważnie namieszało w życiu wielu ludzi, w związkach, małżeństwach… Coś, co miało być swoistym połączeniem dusz, chyba w większości przypadków powodowało pewien rozłam. A i tak… Choć ją i Sauriela to denerwowało, zwłaszcza jego, to oboje z szacunku do siebie starali się sobie oszczędzić bólu. Starali się… dla siebie. I żadne z nich nie zadławiło się żadnymi płatkami, choć czuli względem siebie irracjonalną zazdrość o kompletne głupoty.
Kiwnęła głową, gdy już przestali grać i tańczyć, i faktycznie skorzystała z podstawionego jej ramienia, by zejść z parkietu. Sama pić już nie zamierzała, dwa drinki w zupełności jej wystarczą na ten wieczór, ale jeśli Atreus chciał – to nie planowała mu robić żadnych wyrzutów czy sprzedawać mądrości. To miał być wieczór rozluźnienia dla wszystkich, zabawy… Dlatego zeszła z nim aż do baru i pokręciła głową do barmana, ale stała sobie obok błękitnookiego aurora, obserwując w spokoju i lekkim uśmiechu salę, gdy ten spokojnie pił.
[a]I na szczęście (dla niego) tym razem obyło się bez zionięcia ogniem. Za chwilę jednak dźwięki muzyki popłynęły, pora więc była, by wrócić na parkiet. Pewnie złapała Atreusa, pozwalając, by ją przyciągnął do siebie i mogli zatańczyć do rytmu z muzyką.
– Jestem – przyznała krótko, spoglądając na swojego partnera spod firany czarnych jak smoła rzęs. Nie była to żadna gigantyczna tajemnica, nie, gdy pracowali w jednym biurze. Przez moment mieliła jego słowa, pozwalając, by te spłynęły sobie i wybrzmiały odpowiednio. Nauczyła się oklumencji głównie dlatego, by chronić swoje myśli i prywatność przed obcymi. Z drugiej jednak strony to, o co prosił ją Atreus… Pewnie by się przydało w pracy – nie, że na nią, a na innych. Widać było, że myśli, dlatego przez moment, w tym tańcu, nie odpowiadała, pozwalając się poprowadzić. – A o co byś się chciał założyć? – odparła w końcu, nie mówiąc definitywnego nie. Póki co była zaintrygowana.
+10 za AF