Potrzebował chwili. Jednej? Może dwóch? Ciężko było przejść nad tym do porządku dziennego. Zaakceptować wszystko, co wydarzyło się wczoraj. I co wracało do niego teraz. Dokładnie w tym momencie, kiedy odzyskiwał świadomość. Kiedy zaczynał orientować się w tym, co miało tutaj miejsce. Rodolphus był cały. On sam? Robert? W jego przypadku również jedynym co ucierpiało, była własna duma. Wymazanie ostatnich godzin z własnej pamięci nie mogło być najgorszym możliwym pomysłem. Może nawet powinien się nad tym zastanowić? Tak na poważnie.
- Słownictwo, Lestrange. – nawet w tych okolicznościach nie potrafił tego zignorować. Sam takich słów unikał. Starał się wypowiadać inaczej. Co nie znaczyło, że wcale się w nim nie gotowało. Bo tak nie było. Spokojny był często tylko na pozór. Utrzymywał maskę opanowania.
Kiwnął głową, również podnosząc się z łóżka. Był cały. Przynajmniej fizycznie. Możliwe, że przy okazji tego całego podnoszenia się, kompletnie nieświadomie doprowadził do jakiegoś dotyku, otarcia, kontaktu. Nie celowo. Nie zwracał nawet na to uwagi. Pogrążony we własnych myślał, starał się to wszystko uporządkować w swojej głowie. Należycie poukładać.
W jak wielkie problemy się wpakowali? Czy musieli się czegoś obawiać? Nie wiedział jak interpretować to, co miało tutaj miejsce. Jak rozumieć to, co mówił domowy skrzat. Czy on zniknął, żeby im przygotować śniadanie?
- To nigdy nie miało miejsca, rozumiesz Lestrange? – odwrócił się w jego kierunku. Oczekiwał odpowiedzi. Reakcji. Potwierdzenia, że rozumie; że się z nim zgadza. Bo przecież to… to było prawdziwie urągające. Wielcy, kurwa czarodzieje. I jeden niepozorny, domowy skrzat. Coś takiego nie zostałoby im prędko zapomniane. Ciągnęłoby się za nimi latami, sprawiając zapewne, że mało kto traktowałby ich teraz poważnie.
Co dalej, Mulciber, co dalej… rozglądał się pomieszczeniu. Jedno, odsłonięte okno. Łóżko dla dwóch osób, choć niezbyt duże. Szafa. Komoda. Stolik nocny. Jakiś fotel. Na jednej ze ścian obraz, ale to byłoby na tyle. Nikt nie starał się temu miejscu nadać duszy. Najpewniej był to pokój gościnny. Czy mogli go opuścić? Skupił spojrzenie na drzwiach. Chwilę się zastanawiał. Wreszcie się podniósł. Podszedł. Sprawdził. Zamknięte. Oczywiście, że były zamknięte, a oni dwaj – uwięzieni w tym pomieszczeniu. Czuł narastającą frustracje. Czuł, że ta typowa dla niego fasada z wolna się rozpada. Zaczął chodzić po pomieszczeniu. Krążyć. Czy cokolwiek do niego docierało?