Prosiło się aż, żeby powiedzieć: co wolno wojewodzie, to nie Tobie, smrodzie. Tyle tylko, że Robert tego powiedzenia zwyczajnie nie znał. Może prędzej napotkał gdzieś jego łaciński odpowiednik, ale... ale jeśli tak było, to na ten moment o nim nie pamiętał. Pozostawało więc znaleźć coś, co będzie miało odpowiednie znaczenie. Przekazać to przy pomocy innych słów. I może by to nawet zrobił, gdyby nie to odniesienie do jednego z nie tak dawnych spotkań. W reakcji na te słowa, jego spojrzenie pociemniało. Gdyby oczy były innego koloru, choćby niebieskie, można byłoby je teraz porównać do nieba przed burzą, albo morza... morza w momencie, kiedy wzbierał sztorm. Bo w Robercie cały czas kotłowały się emocje i najpewniej niewiele brakowało, żeby nareszcie znalazły dla siebie jakieś ujście. Bo czy można w nieskończoność, wiecznie, nad wszystkim panować?
- Uważaj na swoje słowa, Lestrange, jesteś bardzo blisko wyjątkowo cienkiej granicy. - wycedził. Ostatnie słowa już praktycznie wycedził. I może to właśnie one, pozwoliły mu na chwilę złapać pion. Doprowadzić samego siebie do ładu? Porządku? Bo kiedy już usiadł z powrotem na tym łóżku, to był odrobinę spokojniejszy.
Słuchał. Uważnie. Chłonął każdą jedną informacje. On sam od lat pozostawał na uboczu. Odkąd odszedł z Ministerstwa Magii, był znacznie mniej zorientowany w pewnych kwestiach. Nie ze wszystkim pozostawał na bieżąco. Był to jednak z jego strony świadomy wybór. Decydując się na jedną rzecz, należało zrezygnować z tej drugiej. Bo nie dało się mieć ciastka, jednocześnie je zjadając.
Mimo tego braku rozeznania, im więcej słyszał, tym więcej kojarzył. Coś dzwoniło, ale w którym kościele? Nie był w stanie poprawnie zidentyfikować dzwonu. Całkiem spora niedogodność, z którą musiał sobie poradzić. Musiał polegać na tym smarkaczu, który najwyraźniej miał o sobie dość wysokie mniemanie. Czy nie było to poniekąd znajome? Nawet jeśli, to za cholerę by się nie przyznał do tego, że niegdyś bardzo dobrze znał kogoś podobnego. Może i nie niczym dwie krople wody, ale nadal było to podobieństwo znaczące.
Znów odpalił się, kiedy Rodolphus pozwolił sobie na kolejną złośliwość. Z lekkim opóźnieniem, ale po prostu strzelił mu z liścia w mordę. I chyba sam był w szoku, że do czegoś takiego doszło. Ale czy w takim szoku, że kolejny raz by czegoś takiego nie zrobił? Gdzieżby znowu.
- Ostrzegałem. - padło, ledwie tylko, po nieco dłuższej chwili, zdołał się opanować. Nie zamierzał go przepraszać, nawet jeśli rozpoczynanie awantury tutaj, w tym miejscu i tych okolicznościach było tak głupie, że aż za abstrakcyjne można było uznać to, co Robert zrobił. Bo przecież Mulciber nie był idiotą. Można było o nim powiedzieć wiele, wiele mu zarzucić, ale to? Absolutnie.