Wzruszył ramionami. Czego w tym nie łapał? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że wszystkiego, ale nie w tym problem. Gdyby Robert rzeczywiście tego chciał, zasady gry zdołałby ogarnąć już dawno temu. Problem był taki, że zwyczajnie stawał tu okoniem. I robił wszystko co tylko się dało, żeby chociażby mieszać ze sobą poszczególne pojęcia. Wizyty na stadionie przyprawiały go o mdłości. Nie stanowiły dla niego przyjemnego przeżycia. Podobnie też przyjemnością nie było obserwowanie zawodników, którzy latali na miotle. Wysoko, w powietrzu. Nierzadko rozwijając przy tym zawrotne prędkości. Choć sam nie był skłonny się do tego przyznać, odzywał się wówczas jego lęk wysokości. Ten sam lęk, który odczuwał od czasów, kiedy jako kilkulatek zleciał z dziecięcej miotełki, łamiąc sobie rękę. Cholernie bolało. Skutecznie zapisało się w pamięci.
- Jakby nie zostawiłeś mi wyboru. - wymamrotał praktycznie prosto do kufla, pociągając z niego kolejne łyki. Można było tych słów nawet nie zarejestrować. Zwłaszcza, że w pubie było całkiem głośno. Gwarno. I ludzi też było sporo. Godzina wydawała się odpowiednia, żeby usiąść przy jednym ze stolików, napić się, porozmawiać, pośmiać. Po prostu dobrze się bawić w dobrym towarzystwie. - O której ma być ten mecz? I przypomnij mi, z kim będą grać?
Jakby to faktycznie miało mieć znaczenie. Przecież i tak nie zapamięta. Albo zwyczajnie wszystko ze sobą pomiesza. No cóż. Przynajmniej się w tym momencie starał stwarzać pozory. Interesował się tym, co interesowało brata. Co przyciągnęło go akurat do Kenmare. Sam Robert niekoniecznie rozumiał, dlaczego zgodził się na ten konkretny kierunek podróży. Może dlatego, że Pierścień Kerry utkwił mu w pamięci? Z tego względu, że z tą okolicą wiązały się pewne przyjemne wspomnienia sprzed wielu lat?
Ktoś z pobliskiego stolika zdawał się usłyszeć ich rozmowę. Zarejestrować. Rudzielec. Nieco młodszy od nich. Siedział w towarzystwie czterech innych osób. Wśród nich były dwie kobiety. Jeśli Rick zaczął cokolwiek mówić, ten mu przerwał. Wszedł w słowo.
- Na Pustułki? Idziecie kibicować jutro naszym Pustułkom? - zagadnął, podnosząc się ze swojego miejsca. Tak trochę. Dał znać pozostałym, żeby się przesunęli. Zrobili przy stoliku nieco więcej miejsca. - Jeśli jutro wygramy, będziemy walczyć o mistrzostwo! Napijcie się z nami za wygraną. Przesuń się, Liam!
Klepnął jasnowłosego chłopaka w ramię, każąc my tym samym przesunąć dupę. Nie miało dla niego znaczenia to, że bliźniacy nie zdążyli jeszcze przyjąć propozycji. Ani się zgodzić, ani odmówić. Może wcale tego od nich nie potrzebował? Może odmowy nie zamierzał brać pod uwagę? W zasadzie, to zdążył już na tyle wypić, że to było dość prawdopodobne.
- Siadajcie tutaj, koło naszej małej Sile. - wskazał na dziewczynę, która rzeczywiście była drobna. Nie młoda, ale za to drobna. Brązowowłosa. Piegowata. Następnie gestem wskazał pozostałych ludzi przy stoliku. - To Nia, obok niej jest Callum, dalej ten parszywiec Liam, a ja nazywam się Padraic. Po prostu Paddy.
No. Dużo tego było. Całkiem sporo. Czy chcieli im omówić? Robert musiał powstrzymać cięższe westchnięcie. Nie miał na to ochoty, tyle tylko, że podpadanie miejscowym nie musiało się skończyć dobrze. Spojrzał na Richarda. Niech decyduje. Wybiera co dalej. Raczej bez szans, że wykpią się tekstem o tym, że zbierają się już do wyjścia. Toć nie zdążyli jeszcze zjeść zamówionej kolacji!