Obydwoje zdawali się w tym kontekście zgodni. Nie zamierzali ruszać niczego, co przyniósł im skrzat. Choć herbata była kusząca, a i żołądek z wolna dopominał się o jedzenie, Robert nie zamierzał się w tym przypadku złamać. Widział w tym zbyt duże ryzyko. Uważał, że zachowanie odpowiedniej ostrożności, to obecnie konieczność. A może nawet i więcej niż zwykła konieczność?
Ciężko było się uspokoić. Z trudem przychodziło nad sobą zapanować. Kiedy granice zostały naruszone, koniecznością było postawienie ich na nowo. Tyle tylko, że okoliczności temu wcale nie sprzyjały. Niczego nie ułatwiały. Robert znajdywał się teraz daleko poza swoją strefą komfortu. Zależny był od człowieka, w stosunku do którego absolutnie nie wiedział, czego należało się spodziewać. Pozbawiony różdżki. Pozbawiony szans obrony. Prawdziwych szans. Realnych.
To wszystko uparcie krążyło mu po głowie.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem. - kolejne słowa, które nie zabrzmiały tak, jak powinny. W sposób, do którego Robert zdążył już dawno temu Rodolphusa przyprowadzić. Czy to wyprowadzenie Mulcibera z równowagi mogło zostać w tych okolicznościach uznane za sukces? Czy może raczej było objawem skrajnej głupoty, o której Lestrange wolałby zapomnieć? Do niej nie wracać?
Nie odsunął się. Nie zareagował w żaden sposób, który mówiłby nie zbliżaj się do mnie. Może dlatego, że starał się wyłączyć. Próbował ignorować wszystko. I wszystkich. Może nawet łącznie z samym niewymownym? Jeśli chciał się doprowadzić do porządku, musiał się wyciszyć. Musiał nabrać powietrza prosto w płuca, a następnie je wypuścić. Raz. Drugi. Może nawet trzeci. Dokładnie tyle, ile będzie musiał. Potrzebował.
- Ile czasu minęło, odkąd Angus Balfour zniknął? - kiedy wreszcie zaczął się uspokajać, wydawało się, że odzyskał nad sobą kontrolę, przynajmniej tak po części, przeszedł do zadawania pytań. Do rozszerzania zakresu informacji, które posiadali; które posiadał Rodolphus. Czasami warto było dopytać. Sprawdzić. Czegoś spróbować.