07.03.2024, 23:50 ✶
Nie miał pojęcia, czy chciał tu zostać na dłużej. Na ten moment po prostu się nie zastanawiał nad tym, tylko korzystał z okazji, że mógł tu mieszkać. Później będzie myślał nad tym, jak bardzo to się przeciągnie. O tydzień? Dwa? A może o miesiąc? Mieszkanie z kimś, z kim się uprawiało seks, nosiło znamiona związku. Być może patologicznego w ich przypadku, ale wciąż związku. A on nie był gotowy, by przeskoczyć z jednego w drugi. Ale tym będzie się martwił Lestrange z przyszłości. Ten z teraźniejszości miał teraz inne zajęcie.
Z kobietą na pewno by sobie na to nie pozwolił. Nie pozwoliłby, by zaciskała palce na jego szyi i by popychała go na łóżko w taki sposób, w jaki robił to Nicholas. Co prawda nie był to mocny chwyt, ale wystarczająco odczuwalny, by wiedział, do czego to zmierza. Przesunął dłonie na jego ramiona. Z początku delikatnie, niemal ostrożnie gładził skórę, gdy jedna ręka wędrowała w kierunku karku, a druga niżej, wzdłuż pleców. Pocałunki oddawał chętnie, zachłannie. Był cierpliwy, ale każda cierpliwość miała swoje granice. Działania Nicholasa sprawiały, że chciał więcej. Nie był gwałtownym człowiekiem, a przynajmniej na takiego się nie kreował. Zawsze spokojny, opanowany... Do niedawna. Milczał, pozwalał by to inni wokół wykonywali gwałtowne ruchy, męczyli się i opuszczali gardę. Ale były takie sytuacje, w których hamulce mu po prostu puszczały. Było tak, gdy po raz pierwszy zabił człowieka. Tak samo było, jak zabijał kolejne osoby. Podobnie było w chwilach, gdy narastające w nim emocje po prostu nie mogły znaleźć ujścia. A seks był najlepszym dla nich ujściem. Dzięki temu mógł zachowywać pozory.
Gdy poczuł, jak palce Traversa zaciskają się na jego włosach, idealnie balansując na krawędzi bólu i przyjemności, pozwolił sobie na ciche, acz wyraźnie słyszalne westchnięcie. Jednocześnie przejechał paznokciami po jego plecach. Mocno wbił je w skórę, przyciągnął go zdecydowanie do siebie. Nie musiał uważać, wiedział że nie jest w stanie zrobić mu krzywdy. Nie przesadzał jednak, bo przecież granica pomiędzy bólem a przyjemnością była bardzo, bardzo cienka. Jak pajęcza sieć. Bardzo łatwo było ją zerwać. Poluzował więc uścisk, oderwał dłoń od jego pleców. Palce zatańczyły na krawędzi materiału spodni Nicholasa. Wślizgnęły się odrobinę, na zalewie kilka milimetrów, podczas gdy druga dłoń swobodnie przesuwała się wyżej, w okolicy obojczyka. Zawsze podobały mu się wystające obojczyki, nie wiedzieć czemu. Było w nich coś magicznego i niezwykle pociągającego. Coś, co sprawiało, że miało się ochotę zatrzymać się w tym miejscu na dłużej i poświęcić mu więcej uwagi. Tak robił i teraz, drażniąc skórę wokół paznokciami, na przemian zmieniając nacisk, by dostarczać nowych bodźców. Zostawiały białe, blade ślady, które niedługo zmienią barwę na róż, a potem czerwień. Nie myślał o konsekwencjach tego, co właśnie robił - nie miało to znaczenia, podobnie jak ślady na jego plecach. Przecież to, co robili, nigdy nie opuści tego mieszkania. Zadrapania łatwo było zamaskować, a przecież też nie drapał do krwi. Dzień, góra dwa, i zbledną, by w końcu zniknąć. I zrobić miejsce na nowe.
Z kobietą na pewno by sobie na to nie pozwolił. Nie pozwoliłby, by zaciskała palce na jego szyi i by popychała go na łóżko w taki sposób, w jaki robił to Nicholas. Co prawda nie był to mocny chwyt, ale wystarczająco odczuwalny, by wiedział, do czego to zmierza. Przesunął dłonie na jego ramiona. Z początku delikatnie, niemal ostrożnie gładził skórę, gdy jedna ręka wędrowała w kierunku karku, a druga niżej, wzdłuż pleców. Pocałunki oddawał chętnie, zachłannie. Był cierpliwy, ale każda cierpliwość miała swoje granice. Działania Nicholasa sprawiały, że chciał więcej. Nie był gwałtownym człowiekiem, a przynajmniej na takiego się nie kreował. Zawsze spokojny, opanowany... Do niedawna. Milczał, pozwalał by to inni wokół wykonywali gwałtowne ruchy, męczyli się i opuszczali gardę. Ale były takie sytuacje, w których hamulce mu po prostu puszczały. Było tak, gdy po raz pierwszy zabił człowieka. Tak samo było, jak zabijał kolejne osoby. Podobnie było w chwilach, gdy narastające w nim emocje po prostu nie mogły znaleźć ujścia. A seks był najlepszym dla nich ujściem. Dzięki temu mógł zachowywać pozory.
Gdy poczuł, jak palce Traversa zaciskają się na jego włosach, idealnie balansując na krawędzi bólu i przyjemności, pozwolił sobie na ciche, acz wyraźnie słyszalne westchnięcie. Jednocześnie przejechał paznokciami po jego plecach. Mocno wbił je w skórę, przyciągnął go zdecydowanie do siebie. Nie musiał uważać, wiedział że nie jest w stanie zrobić mu krzywdy. Nie przesadzał jednak, bo przecież granica pomiędzy bólem a przyjemnością była bardzo, bardzo cienka. Jak pajęcza sieć. Bardzo łatwo było ją zerwać. Poluzował więc uścisk, oderwał dłoń od jego pleców. Palce zatańczyły na krawędzi materiału spodni Nicholasa. Wślizgnęły się odrobinę, na zalewie kilka milimetrów, podczas gdy druga dłoń swobodnie przesuwała się wyżej, w okolicy obojczyka. Zawsze podobały mu się wystające obojczyki, nie wiedzieć czemu. Było w nich coś magicznego i niezwykle pociągającego. Coś, co sprawiało, że miało się ochotę zatrzymać się w tym miejscu na dłużej i poświęcić mu więcej uwagi. Tak robił i teraz, drażniąc skórę wokół paznokciami, na przemian zmieniając nacisk, by dostarczać nowych bodźców. Zostawiały białe, blade ślady, które niedługo zmienią barwę na róż, a potem czerwień. Nie myślał o konsekwencjach tego, co właśnie robił - nie miało to znaczenia, podobnie jak ślady na jego plecach. Przecież to, co robili, nigdy nie opuści tego mieszkania. Zadrapania łatwo było zamaskować, a przecież też nie drapał do krwi. Dzień, góra dwa, i zbledną, by w końcu zniknąć. I zrobić miejsce na nowe.