08.03.2024, 15:11 ✶
Patrz w górę, myślał sobie, patrz w górę, idioto, bo to zawsze działało - wystarczyło wytrzymać trochę gapiąc się na sufit lub niebo, żeby to zatrzymać. Normalnie pomyślałby - jakież to dziwne, że w ogóle muszę sobie o tym przypominać, bo się przecież nie męczył takimi błahostkami jak płacz od kilkunastu, może nawet kilkudziesięciu lat, bo nigdy nie był płaczliwym dzieckiem, ale... to chyba Beltane to w nim zmieniło. Ten moment, w którym niósł przed siebie martwe, zimne, sztywne ciało Bones, pozbawione tętna i oddechu. Był pewny - zginęła w tak bezsensowny sposób. Okazało się później - to było tylko wrażenie, bogowie wcale im jej nie odebrali, więc czemu Mills... czemu niby z nią miało nie być tak samo? Dlaczego nie mogła pojawić się ta cholerna kapłanka, albo Sebastian, dlaczego nie mogli powiedzieć mu, że tak samo jak w przypadku Bulstrode'a istnieje jakiś sposób - rytuał sprowadający świadomość do ciała, odganiający ociemnienie, cokolwiek... Miał niewiele, ale oddałby im absolutnie wszystko, tylko Macmillanowie byli tutaj bezradni, rozkładali ręce, nie potrafili tych zdarzeń do siebie przyrównać i wcale nie pomogli mu w namnożeniu skrzących się w jego wnętrzu iskierek nadziei.
- Tu jestem - odparł głosem Pajęczynki, łudząco podobnym do głosu Groszkowego Kwiatka. Już ich nawet nie rozróżniał. Nie pamiętał, o co w tym wszystkim chodziło. Śmieszny był ten dramat, szalony, pełen barwnych postaci przyciągających uwagę. Na tyle barwnie to napisano, aby ktoś tak pozbawiony wyobraźni jak Moody był w stanie przymknąć oczy i utonąć w tych scenach, w kolorach, w zapachach tych opowieści - tylko w każdej z tych scen zawsze znajdowała się Ona. Ubrana w wianki, średnio pasujące do niej, zwiewne sukienki. Wpatrywała się w niego tymi swoimi mądrymi oczyma w ramie ciemnych oczu, włosów i brwi. Kobieta nie do podrobienia - najważniejsza w jego życiu.
Nieobecna.
- Tu jestem - powtórzył już swoim głosem, wlepiając spojrzenie w ten sufit, idąc za swoją radą. Beznadziejne to były wskazówki, bo policzki miał mokre w ledwie kilka sekund - otarł je zdezorientowany, smutny i rozgoryczony własną słabością. - I czekam - dodałby po chwili, gdyby głos mu nie ugrzązł w gardle. Chyba tylko ona potrafiła sprawić, aby czuł się w tak jak dzisiaj - niczyje odejście nie wzbudziłoby w nim aż tylu emocji, takiego bólu i takiego głodu bliskiego spotkania. Bo niby siedział obok, ale czy ona siedziała obok?
Alastor wstał. Zamknął książkę i odłożył ją na chwiejącą się etażerkę, po czym wlepił spojrzenie czerwonych, podkrążonych oczu w Millie.
- W ogóle mnie nie słuchałaś tego dnia kiedy mówiłem, że mam umrzeć pierwszy.
Zabrzmiał trochę, jakby ją karcił, ale wcale nie chciał jej skarcić. To były słowa pełne rozpaczy, skwitowane nerwowym przeczesaniem palcami roztrzepanych włosów i wyjrzeniem za okno. Otoczona murami Lecznica spała, wokół nie działo się nic. Jedynie drzewa zabujały się niepokojąco, niby to od lekkiego, letniego wiatru, ale Alastorowi zrobiło się na moment straszliwie zimno - taki nieprzyjemny dreszcz przeszedł mu po plecach i zamilkł, obserwując ją z kamiennym wyrazem twarzy. Zawsze robił to, zanim zdecydował się iść do Botta.
- Tu jestem - odparł głosem Pajęczynki, łudząco podobnym do głosu Groszkowego Kwiatka. Już ich nawet nie rozróżniał. Nie pamiętał, o co w tym wszystkim chodziło. Śmieszny był ten dramat, szalony, pełen barwnych postaci przyciągających uwagę. Na tyle barwnie to napisano, aby ktoś tak pozbawiony wyobraźni jak Moody był w stanie przymknąć oczy i utonąć w tych scenach, w kolorach, w zapachach tych opowieści - tylko w każdej z tych scen zawsze znajdowała się Ona. Ubrana w wianki, średnio pasujące do niej, zwiewne sukienki. Wpatrywała się w niego tymi swoimi mądrymi oczyma w ramie ciemnych oczu, włosów i brwi. Kobieta nie do podrobienia - najważniejsza w jego życiu.
Nieobecna.
- Tu jestem - powtórzył już swoim głosem, wlepiając spojrzenie w ten sufit, idąc za swoją radą. Beznadziejne to były wskazówki, bo policzki miał mokre w ledwie kilka sekund - otarł je zdezorientowany, smutny i rozgoryczony własną słabością. - I czekam - dodałby po chwili, gdyby głos mu nie ugrzązł w gardle. Chyba tylko ona potrafiła sprawić, aby czuł się w tak jak dzisiaj - niczyje odejście nie wzbudziłoby w nim aż tylu emocji, takiego bólu i takiego głodu bliskiego spotkania. Bo niby siedział obok, ale czy ona siedziała obok?
Alastor wstał. Zamknął książkę i odłożył ją na chwiejącą się etażerkę, po czym wlepił spojrzenie czerwonych, podkrążonych oczu w Millie.
- W ogóle mnie nie słuchałaś tego dnia kiedy mówiłem, że mam umrzeć pierwszy.
Zabrzmiał trochę, jakby ją karcił, ale wcale nie chciał jej skarcić. To były słowa pełne rozpaczy, skwitowane nerwowym przeczesaniem palcami roztrzepanych włosów i wyjrzeniem za okno. Otoczona murami Lecznica spała, wokół nie działo się nic. Jedynie drzewa zabujały się niepokojąco, niby to od lekkiego, letniego wiatru, ale Alastorowi zrobiło się na moment straszliwie zimno - taki nieprzyjemny dreszcz przeszedł mu po plecach i zamilkł, obserwując ją z kamiennym wyrazem twarzy. Zawsze robił to, zanim zdecydował się iść do Botta.
fear is the mind-killer.