Przystojny pan Mulciber był rzeczowy i to wystarczyło. Co jednak nie wystarczyło to taka magiczna zmiana, kiedy z projektu: "ja wchodzę z drzwiami - ty gadasz" przechodzimy na projekt "ja wchodzę z winem - i gadamy razem". I to nawet wchodził nie do czyjegoś domu z niecnymi planami, tylko tak o sobie do jego gabineciku i... cóż, nie ukrywajmy, bycie na równi bardzo wiele zmieniało. BARDZO. Sauriel był bardzo ciekaw, jaki to piekielny los ich Mroczny Lord Pan Zła Wszelakiego i Pogromca Uśmiechów Dzieci zgotował dla samego Robercika. Zgoda, dzieckiem to on nie był (już, bo kiedyś na pewno był, chociaż zgodnie z zasadą starych ludzi i rodziców "oni na pewno tacy byli od zawsze"), więc w tym wypadku Voldemort był pogromcą starszego człowieka. W sumie ile Robert miał lat? Tak jakby to było teraz istotne - no kurwa, nie było. Wyglądał na kogoś, kto przeżył tyle gówna, że nie miało znaczenia, ile lat miał fizycznie - mentalnie i emocjonalnie pewnie moglibyśmy mu doliczyć z pięćdziesiąt. Przynajmniej tak od czapy stawał Sauriel, a on nigdy w matematykę dobry nie był (przynajmniej tak pozwalał wierzyć ludziom). Może to stąd ta cierpliwość? Ponoć niektórzy nabywali ją z wiekiem. W sumie jego stary też jakoś tak... spochmurniał na starość, co niektórzy by nazwali "nabrał powagi". Albo coś w ten deseń. Całkiem niezła odmiana mieć spokój w domu i nie napierdalać się przy każdym mijaniu na korytarzu.
- Prosisz o niemożliwe. - Nie, Robert nie prosił, bardziej żądał, ale tak jak była mowa o beczelności, tak Sauriel teraz uśmiechnął się z lubieżnością rozleniwionego kocura. Brakowało tylko tego, żeby w swoim rozsiadaniu się, całkowicie nieeleganckim, zarzucił nogi na biurko mężczyzny. Do tego się jednak nie posunął. Mogło być różnie, a cokolwiek się stało między nim a Czarnym Panem - nie była to rola Czarnego Kota, żeby wiedzieć, skoro go nikt nie uświadomił. Więc żył ze swoim szacunkiem do papcia Robercika. - Paszteciki są dziwne. Zresztą jaki szanujący się Anglik lubiłby francuskie ciasto. - Albo w ogóle cokolwiek co francuskie, przecież rywalizacja między tymi krajami była wyryta w historii jak to, że Bóg i Diabeł się nie lubią w Biblii. Słowem kluczem było tutaj "szanujący się", chociaż Sauriel uważał, że się szanuje. Przynajmniej... trochę. Szanuje swoją wartość w pieniądzach, o. No i taka gadka, a sam przyniósł wino jakie przyniósł. Szczegół.
Położenie popielniczki potraktował jak zaproszenie i od razu się pochylił do blatu, żeby sobie popielniczkę przesunąć i wyjąć fajkę zza ucha. Odpaliła się sama, kiedy tylko przyłożył ją do ust. I zaraz po tym nabawił się dziwnej miny, kiedy Robert zaczął o tym incydencie. Bo jego głowa szukała (chwilowo bez cienia inteligencji), o co chodzi - jaki incydent.
- Chodzi ci jak próbowałem Chesterowi rozjebać ten jego głupi ryj? - Nigdy nie lubił tych ksywek, były dziwne, już nie wspominając, że nie chciało mu się ich pamiętać i miał co chwile "EEE TY TAM". Na szczęście nie musiał wiele gadać. Oczekiwano od niego mniej gadania, więcej robienia. - No, nic wielkiego. Niestety się nie udało, przyszedł Czarny Pan, pogadaliśmy sobie, pośmiał się z moich żartów i wszyscy się rozeszli. Chyba wujek jest na mnie od tamtego czasu obrażony, bo się nie odzywa. A co? No chyba że chodzi ci o coś jeszcze innego. Jakbym miał pamiętać swoje wszystkie dziwne akcje to bym niczego innego w głowie nie miał. A umówmy się - i tak niewiele tam jest. - To prawdą nie było. - Słyszałeś w ogóle o Panu Zagadce? Masakryczny pojeba, musiałem o nim mówić Czarnemu Panu, wyobraź sobie jego minę... - Sauriel otworzył szerzej oczy i pokręcił z niedowierzaniem głową.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.