Zdarzały się sytuacje, w których nie dało się więcej zdziałać. Takie, kiedy nie było innej opcji, jak pójście na pewne ustępstwa. O ile Rodolphus nie chciał decydować się na składanie kolejnej przysięgi, tak dla Roberta jasnym było, że Angus potrzebował solidnego zabezpieczenia. Rozumiał go. Być może z tego względu, że sam nie tak dawno temu znalazł się w położeniu podobnym? Nie liczyło się wówczas dla niego otrzymane słowo, nie miały też znaczenia żadne zapewnienia. Czy Balfour widział wszystko w podobnych barwach? Jakiś głosik podpowiadał Robertowi, że owszem.
Mimo tego pozwolił Rodolphusowi na kolejną próbę. Nie wtrącał się. Po prostu obserwował, może po trosze i licząc na to, że Lestrange jednak zdoła rudowłosego jakimś cudem przekonać? Nawet jeśli niewiele na to wskazywało. A już na pewno nie wskazywała na to postawa Angusa. O ile bowiem jeszcze chwilę temu Angus zdawał się zainteresowany tym, co Rodolphus miał do powiedzenia, teraz jakby skupiony był na czymś innym. I tylko imię i nazwisko, na które niewymowny się powołał, na krótką chwilę zdołały przyciągnąć jego uwagę. Wywołały reakcje.
Reakcje w postaci grymasu, którego interpretacja nie stanowiła żadnego wyzwania.
- Jeśli pańskie słowo byłoby warte tyleż samo, co słowo pańskiego ojca, miałbym już dwa zapewnienia, które pozbawione byłyby jakiegokolwiek znaczenia. - padło z jego strony. Ton głosu był w tym przypadku dość oschły. Tylko co to miało znaczyć? Do czego Balfour właśnie nawiązywał? Ciężko było stwierdzić. Nie powiedział bowiem niczego więcej. Nie padła z jego strony żadna wskazówka. Można było jedynie założyć, że coś było na rzeczy. I na tym koniec. To zaś nie ułatwiało im zadania. Dawało im bowiem wyraźnie do zrozumienia, że na drodze znajdywała się jakaś niezidentyfikowana, nieznana im przeszkoda. Taka, co do której niekoniecznie wiedzieli w jaki sposób należało ją pokonać. Czy w ogóle było to możliwe?
Czy mógł dłużej czekać? Odkładać w czasie wyłożenie kawy na ławę? Dawać Rodolphusowi szanse na to, żeby spróbował Angusa przekonać swoim sposobem? Mulciber dostrzegał wiążące się z tym ryzyko. Widział, że ich szanse na dogadanie się malały. Przynajmniej te szanse, z których próbował korzystać Rodolphus.
- Możemy złożyć przysięgę, przysięgę wieczystą. - zaproponował, choć podobnie jak Lestrange, nie był takim rozwiązaniem zachwycony. Widział w nim coś na kształt ostatniej deski ratunku. - Zagwarantujemy tym sposobem, że po opuszczeniu przez nas tego domu, pańska żona będzie nadal tak samo bezpieczna. Nie zgłosimy nigdzie wydarzeń, które miały miejsce wczoraj. Nic z tego nie wyjdzie poza naszą trójkę.